Są takie momenty, kiedy człowiek nie potrzebuje rewolucji w świecie gier. Nie szuka produkcji, która wywróci gatunek do góry nogami, zmieni jego życie albo sprawi, że przez tydzień będzie siedział wbity w fotel. Czasami chce po prostu zagrać w porządnego RPG-a. Tak właśnie było w moim przypadku. Nie miałem wcześniej styczności z pierwszą odsłoną Dragon’s Dogma, więc do dwójki podchodziłem bez większych oczekiwań. Chciałem dostać ciekawy świat, trochę walki, przygód i powodów, żeby wieczorem ponownie chwycić za kontroler. Czy to dostałem? Zapraszam do lektury.
Pizza z podwójnym serem, tylko jakby bez drugiej warstwy sera
Walka w Dragon’s Dogma 2 jest przyjemna. Naprawdę przyjemna. Problem w tym, że brakuje jej pewnej mięsistości. Wiecie, jak to jest, kiedy zamawiacie pyszną pizzę z podwójnym serem, ale kucharz zapomina dorzucić drugą porcję? Ja też nie, ale spróbujmy sobie to wyobrazić. Nadal jest smacznie, człowiek zjada wszystko ze smakiem, ale gdzieś z tyłu głowy pozostaje świadomość, że mogło być jeszcze lepiej. Dokładnie tak odbieram tutejszy system walki.

Przez całą swoją przygodę trzymałem się jednej profesji, stawiając na wojownika. Nie eksperymentowałem z pozostałymi klasami, chociaż gra daje taką możliwość. Być może inne style walki zapewniają zupełnie odmienne wrażenia. Na szczęście walka nie sprowadza się wyłącznie do bezmyślnego okładania przeciwników. Twórcy pozwalają nam wspinać się na większe kreatury, szukać ich słabych punktów i wykorzystywać otoczenie. Możemy wdrapać się na cyklopa, żeby dobrać się do jego oka, albo uczepić się gryfa, który akurat postanowił wzbić się w powietrze. W końcu po co grzecznie stać przed ogromnym potworem i machać mieczem, skoro można wspiąć mu się na plecy i osobiście wyjaśnić, dlaczego nie powinno się bić mniejszych? Takie rozwiązania dodają starciom widowiskowości i sprawiają, że walki z większymi przeciwnikami potrafią dostarczyć naprawdę sporo emocji.
Trzeba jednak przyznać twórcom jedno – potrafią sprawić, że pozornie zwyczajna walka zamieni się w kompletny chaos. Wyobraźcie sobie, że spokojnie okładacie jakąś kreaturę, pilnujecie zdrowia, próbujecie zapanować nad sytuacją i nagle, zupełnie znikąd, na głowę spada wam smok. Dosłownie. Najwyraźniej uznał, że impreza bez smoka wyskakującego z tortu to żadna impreza. W jednej chwili zwykłe starcie zamienia się w walkę, o ile masz szczęście w ogóle zareagować, o przetrwanie.
Co ważne, kolejne starcia mogą pozostawiać po sobie ślad. Wraz z otrzymywanymi obrażeniami stopniowo zmniejsza się maksymalna ilość zdrowia, którą możemy odzyskać za pomocą zwykłego leczenia. Oznacza to, że nawet zwycięska walka potrafi nas odpowiednio wymęczyć, a następne spotkanie z przeciwnikiem może okazać się znacznie trudniejsze. Aby w pełni odzyskać siły, trzeba odpocząć. Nagle okazuje się, że znalezienie bezpiecznego miejsca do spania może być równie ważne jak zakup nowego miecza.
Tańczcie, moje marionetki, znaczy moje pionki
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Dragon’s Dogma 2 są pionki, czyli towarzysze naszej przygody. I muszę przyznać, że bardzo polubiłem tę mechanikę. Nasi kompani są nam oddani niemal bezgranicznie. Czasami można odnieść wrażenie, że gdybym kazał im wskoczyć do przepaści, najpierw podziękowaliby za możliwość wykonania polecenia, a w czasie spadania napawali się pięknem klifów ich otaczających.
Pionki bywają sztuczne w swoim zachowaniu, ale w tym przypadku nie traktuję tego jako wady. Wręcz przeciwnie. Ich niemal ślepe posłuszeństwo jest częścią pomysłu na ten świat i doskonale wpisuje się w jego założenia. Do tego potrafią być naprawdę pomocne. Walczą, wspierają podczas podróży, pomagają z ekwipunkiem i sprawiają, że nie czujemy się jak samotny bohater skazany na wykonywanie wszystkiego własnoręcznie.

Co ciekawe, nasza drużyna nie składa się wyłącznie z postaci przygotowanych przez twórców. Oprócz własnego pionka, którego tworzymy i rozwijamy razem z głównym bohaterem, możemy korzystać z dwóch dodatkowych towarzyszy stworzonych przez innych graczy. Każdy może posiadać inne umiejętności, wyposażenie czy zachowania, a wynajętych kompanów warto regularnie wymieniać, ponieważ nie awansują na kolejne poziomy razem z nami. W praktyce oznacza to, że nasza drużyna może się nieustannie zmieniać, a dobór odpowiednich towarzyszy staje się kolejnym elementem zabawy.
Pionki mogą również zdobywać wiedzę podczas przygód u innych graczy. Dzięki temu potrafią wskazać drogę do celu zadania, przypomnieć sobie lokalizację skrzyni czy podzielić się informacjami o przeciwnikach. To rozwiązanie sprawia, że nie są wyłącznie dodatkowymi mieczami do wynajęcia, ale faktycznymi uczestnikami wyprawy. Czasami wiedzą nawet więcej od nas, co w przypadku drużyny, której członkowie mają niemal obowiązek wykonywania naszych poleceń, jest całkiem zabawną sytuacją.
Jednak ich rozmowy podczas eksploracji to już inna para kaloszy. Potrafią komentować otoczenie, nasze działania albo dyskutować między sobą w sposób, który momentami jest zwyczajnie komiczny. Czasami zastanawiałem się, czy naprawdę podróżuję z drużyną doświadczonych poszukiwaczy przygód, czy może zabrałem na wyprawę Szczerbatka z „Jak wytresować smoka”. Niezależnie od odpowiedzi, pionki dodają grze mnóstwo charakteru.
Droga ważniejsza od celu, czyli spacer numer trzydziesty
Świat Dragon’s Dogma 2 bardzo przypadł mi do gustu. Nie jest to może najpiękniejsza produkcja, jaką widziałem, ale trudno odmówić jej uroku. Miasta, lasy, wioski i rozległe tereny tworzą miejsce, które chce się poznawać. Szczególnie na początku miałem ochotę zaglądać w każdy zakamarek, sprawdzać kolejne ścieżki i przekonywać się, co czeka za następnym zakrętem.
Z czasem mój zapał do odkrywania wszystkiego nieco osłabł, ale trudno mi obwiniać za to samą grę. Mam tak praktycznie w każdym większym tytule. Początkowo chcę zobaczyć każdy kamień, a później przypominam sobie, że gdzieś tam jednak czeka Ciri do uratowania… Pozbycie się pasożyta z głowy… Oko Innosa do zdobycia… No, na końcu ścieżki coś jest. No, o to chodziło!

Twórcy postawili na dość specyficzne podejście do podróżowania. Klasyczna szybka podróż została ograniczona, a przemieszczanie się pomiędzy lokacjami często wymaga korzystania z własnych nóg, wozów lub magicznych kamieni. Zamysł jest prosty – sama droga ma być przygodą, a nie tylko sposobem na dotarcie do znacznika na mapie.
Nawet podróżowanie wozem nie oznacza jednak, że możemy spokojnie odłożyć kontroler i zrobić sobie herbatę. Wprawdzie istnieje możliwość zdrzemnięcia się podczas jazdy, żeby przyspieszyć podróż, ale po drodze mogą zaatakować nas potwory, a nasz środek transportu niekoniecznie wyjdzie z takiego spotkania w jednym kawałku. W efekcie szybka i wygodna przejażdżka potrafi zamienić się w kolejną pieszą wyprawę. Najwyraźniej nawet transport publiczny w świecie fantasy ma swoje problemy. I rzeczywiście potrafi to działać. Świat sprawia wrażenie żywego, a podczas podróży nigdy nie mamy całkowitej pewności, co wydarzy się za chwilę. Możemy natknąć się na potwory, odkryć ciekawe miejsce albo zostać wciągnięci w kolejne nieplanowane starcie. Problem pojawia się wtedy, gdy po raz kolejny musimy pokonać długi odcinek tej samej trasy, a w znajomym miejscu ponownie czeka identyczna grupa przeciwników.
Osobną kwestią są nocne wyprawy. Kiedy zapada zmrok, świat Dragon’s Dogma potrafi zmienić się nie do poznania. Widoczność drastycznie spada, a niewielka latarnia staje się naszym najlepszym przyjacielem. Po drodze możemy natknąć się na niebezpiecznych przeciwników, dlatego czasami rozsądniejszym rozwiązaniem jest rozbicie obozu. Możemy wtedy odpocząć, przygotować posiłek i odzyskać siły przed kolejną wyprawą. Niby prosta mechanika, ale dobrze buduje świat. Na szczęście dostęp do kamienia powrotu pozwalał mi ograniczyć część takich wędrówek, więc brak typowej szybkiej podróży naprawdę doskwierał mi może raz czy dwa. Nie zmienia to faktu, że momentami odległości potrafią być męczące. Zwłaszcza gdy człowiek chce już dotrzeć do celu, a gra po raz kolejny proponuje mu przymusowy trening z goblinami.
Nie każda kanapka smakuje tak samo
Zadania poboczne w Dragon’s Dogma 2 często sprowadzają się do biegania z miejsca na miejsce. Czy to wada? Niekoniecznie. W końcu kanapki jadłem już chyba milion razy i nadal uważam, że są pyszne. Wszystko zależy od tego, co znajdzie się pomiędzy kromkami.
Podobnie jest tutaj. Niektóre zadania przypominają czerstwy chleb, który zjadamy wyłącznie dlatego, że akurat nic innego nie ma pod ręką, a toster niedomaga. Inne są jak świeżutka kromka z masełkiem – niby nic odkrywczego, a jednak człowiek zjada ją z ogromną przyjemnością. Dragon’s Dogma 2 oferuje oba rodzaje i chociaż nie wszystkie aktywności zapadają w pamięć, ogólnie wykonywało mi się je całkiem przyjemnie.
Warto również zaznaczyć, że gra nie zawsze prowadzi nas za rękę. Czasami trzeba uważnie słuchać rozmów, samodzielnie odnaleźć odpowiednią postać albo zastanowić się, czego właściwie gra od nas oczekuje. Niektóre zadania są ograniczone czasowo, a pewne postacie mają własny plan dnia, przez co nie zawsze znajdziemy je tam, gdzie akurat chcielibyśmy z nimi porozmawiać. Nie każde zadanie rozwiązuje się poprzez bezmyślne podążanie za znacznikiem. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych powód, żeby po raz kolejny zastanowić się, dlaczego bohaterowie fantasy nie wynaleźli jeszcze porządnego GPS-u.
Sama historia stawia nas w roli Wskrzeszonego, czyli bohatera, któremu smok postanowił odebrać serce. Dosłownie. Jakby zwykłe podpalenie wioski nie było wystarczającym sposobem na popsucie komuś dnia. Nasze losy zostają związane z potężną bestią, a w tle pojawiają się polityczne intrygi i walka o władzę w królestwie Vermund. Brzmi jak klasyczne fantasy? Owszem, ale właśnie tego typu przygody oczekiwałem.
Sama fabuła główna również wypada pozytywnie. To historia utrzymana w mocno fantastycznym, chwilami patetycznym tonie. Nie jest to opowieść, która wywróci nasze postrzeganie gier RPG, ale ma odpowiedni klimat i daje powód, żeby poznawać kolejne wydarzenia. W moim przypadku działała przede wszystkim jako część większej przygody. Chciałem wiedzieć, co wydarzy się dalej, poznawać świat i odkrywać następne miejsca.
Bohaterze, powiedz wreszcie coś!
Nie mogę jednak pominąć jednej rzeczy, która irytowała mnie zdecydowanie bardziej niż powtarzające się grupki przeciwników. Chodzi o brak głosu głównego bohatera podczas scenek fabularnych. Rozumiem, że niemy protagonista to świadomy zabieg, mający swoje miejsce w tradycji gier RPG. Rozumiem też, że pozwala graczowi łatwiej utożsamić się z wykreowaną postacią. Tylko że mnie takie rozwiązanie zwyczajnie przeszkadza.

Wyobraźcie sobie sytuację, w której inne postacie prowadzą poważną rozmowę, emocjonują się wydarzeniami, wygłaszają patetyczne przemowy, a nasz bohater stoi pośrodku tego wszystkiego i milczy jak uczeń wywołany do odpowiedzi. Dla mnie wygląda to sztucznie i potrafi skutecznie wybić z klimatu. Co zabawne, podobna sztuczność pionków zupełnie mi nie przeszkadza, bo w ich przypadku ma fabularne uzasadnienie i stanowi część charakteru świata. Natomiast podczas scenek z głównym bohaterem naprawdę brakuje mi normalnego dialogu.
Na szczęście pozostałe elementy oprawy pomagają utrzymać odpowiednią atmosferę. Grafika jest ładna, a muzyka dobrze współgra z wydarzeniami na ekranie. Nie próbuje na siłę kraść całej uwagi, tylko odpowiednio podkreśla klimat podróży, eksploracji i kolejnych starć. Dzięki temu świat Dragon’s Dogma 2 potrafi skutecznie wciągnąć.
Przygodo, trwaj!
Dragon’s Dogma 2 nie jest grą idealną i nawet nie próbuje nią być. Ma swoje dziwactwa, ograniczenia i rozwiązania, które mogą zirytować. Walce brakuje odrobiny mięsistości, podstawowi przeciwnicy bywają powtarzalni, a milczący bohater potrafi zepsuć atmosferę nawet całkiem ciekawej sceny.
A jednak wszystkie te niedoskonałości nie zmieniają jednego – bawiłem się naprawdę dobrze.
Największą siłą tej produkcji nie jest bowiem pojedyncza mechanika. To całokształt, do którego każdy element dokłada własną cegiełkę. Przyjemna walka, oddane pionki, żyjący świat, nieprzewidywalne spotkania i nieustanna chęć sprawdzenia, co znajduje się kawałek dalej. Każda z tych rzeczy osobno może nie robić ogromnego wrażenia, ale razem tworzą przygodę, w której zwyczajnie chce się uczestniczyć.

Czy poleciłbym Dragon’s Dogma 2 innym? Jak najbardziej. Nie tylko wielbicielom klasycznych RPG, ale każdemu, kto ma ochotę na solidną przygodę w świecie fantasy. To tytuł, przy którym można spędzić mnóstwo godzin na dobrej zabawie, nawet jeśli od czasu do czasu trzeba przymknąć oko na jego niedoskonałości.
I chyba właśnie tego oczekiwałem, kiedy po niego sięgałem. Chciałem zagrać w dobrego RPG-a. Dostałem świat, do którego mam ochotę wracać, drużynę gadających pionków i smoka, który najwyraźniej nie rozumie, że nie wypada przeszkadzać innym podczas walki.
Czego chcieć więcej? No, może tej drugiej warstwy sera.
