Po lekturze Inwazji byłem ciekaw, co Marvel zrobi z nowym uniwersum Ultimate. Pomysł na świat, w którym Stwórca pozbawił ludzi szansy na zostanie superbohaterami, ma spory potencjał. Pierwszy tom Ultimates pokazuje, że Tony Stark i spółka mają przed sobą naprawdę trudne zadanie. Tylko czy za ciekawym pomysłem idzie równie dobra historia?
Świat, w którym coś poszło nie tak
W pierwszym tomie Ultimates Tony Stark oraz Doktor Doom próbują odkręcić to, co zrobił Stwórca. Nie mają jednak łatwego zadania. Muszą znaleźć ludzi, którzy mogą stać się bohaterami, i przekonać ich do walki o przyszłość świata. A czasu jest niewiele, bo do powrotu Stwórcy zostało osiemnaście miesięcy.
Podoba mi się, że nie wszystko idzie tutaj jak po maśle. Zebranie drużyny to jedno, ale przekonanie kolejnych osób do wspólnej walki w świecie, który od dawna funkcjonuje według zasad narzuconych przez Stwórcę, to już zupełnie inna sprawa. Bohaterowie nie mogą po prostu zebrać się w jednym miejscu i ruszyć na przeciwnika. Najpierw muszą w ogóle stworzyć sobie szansę na zwycięstwo.

Łatwo powiedzieć, trudniej naprawić
Najbardziej kupuje mnie sam pomysł na główną historię. Stwórca nie jest tutaj po prostu kolejnym złolem, którego trzeba pokonać, żeby na końcu wszyscy mogli wrócić do normalnego życia. Jego działania zmieniły cały świat, a odkręcenie ich konsekwencji wymaga czegoś więcej niż kilku efektownych pojedynków.
Tony i Doom muszą działać szybko, ale nie zawsze mogą liczyć na sukces. Nawet jeśli uda im się znaleźć kogoś, kto mógłby pomóc w walce, nie oznacza to, że wszystko nagle zacznie się układać. I dobrze, bo dzięki temu historia nie sprawia wrażenia, jakby bohaterowie mieli wszystko pod kontrolą.
Jednocześnie nie jest to jakiś strasznie ciężki komiks, który przez cały czas próbuje przygnębić czytelnika. Mamy tutaj sporo akcji, nowe postacie i kolejne elementy świata, które zachęcają do dalszego czytania. Całość ma odpowiednie tempo, choć momentami czułem, że niektórym wydarzeniom przydałoby się trochę więcej miejsca.

Znane twarze, ale nie do końca znajome historie
Jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w alternatywnych uniwersach, jest możliwość zobaczenia znanych postaci w zupełnie innych okolicznościach. W przypadku nowego Ultimate twórcy mają naprawdę duże pole do popisu, bo zmienili nie tylko historię świata, ale też warunki, w jakich funkcjonują jego mieszkańcy.
Samo poszukiwanie potencjalnych bohaterów jest więc całkiem interesujące. Nie zawsze możemy przewidzieć, kogo spotkamy na kolejnych stronach ani jaką rolę odegra dana postać. Dla fanów Marvela to spora frajda, szczególnie że nie chodzi tutaj wyłącznie o zmianę kostiumu czy kilka szczegółów z życiorysu. W wielu przypadkach różnice mają znacznie większe znaczenie.
Rysunki na plus
Za stronę graficzną odpowiadają Stefano Caselli i Juan Frigeri. Ich prace dobrze pasują do historii, a sceny akcji są dynamiczne i czytelne. Nie miałem problemu ze śledzeniem wydarzeń, co przy komiksie, w którym sporo się dzieje, jest dość istotne.
Podoba mi się również sposób przedstawienia tego świata. Nie wszystko wygląda tutaj tak, jak w głównym uniwersum Marvela, co dodatkowo podkreśla, że mamy do czynienia z czymś nowym. Rysunki dobrze oddają też klimat opowieści, w której bohaterowie próbują walczyć z rzeczywistością ustawioną przeciwko nim.
Sprawdź też: Nowy świat Ultimate. Inwazja – recenzja komiksu – Marvel zaczyna wszystko od nowa

Czy warto sięgnąć po Ultimates?
Moim zdaniem zdecydowanie tak. Pierwszy tom rozwija pomysł z Inwazji i pokazuje, że nowe uniwersum Ultimate ma szansę zaoferować coś więcej niż alternatywne wersje znanych bohaterów. Największą zaletą jest dla mnie sam świat i sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie. Naprawienie rzeczywistości, którą ktoś celowo urządził w taki sposób, żeby superbohaterowie nigdy nie powstali, to naprawdę ciekawy punkt wyjścia.
Oczywiście nie wszystko zagrało idealnie. Niektóre wątki mogłyby dostać więcej miejsca, a momentami miałem wrażenie, że scenarzysta trochę za szybko przeskakuje między kolejnymi pomysłami. Po tym tomie jestem ciekaw dalszego ciągu. Na razie jest dobrze, choć mam nadzieję, że w kolejnych częściach twórcy dadzą niektórym wątkom trochę więcej oddechu.
Sprawdź też: Absolute Batman. Zoo. Tom 1 – recenzja komiksu – Najbardziej edgy Batman, jakiego widział świat?

