Czy serial o sztucznej inteligencji może opowiadać o człowieczeństwie lepiej niż niejeden dramat? VisionQuest udowadnia, że tak. Znakomita obsada, śmiała forma i ogrom emocji prowadzą do finału, który zostaje w głowie.
Kiedy w 2021 roku debiutowało WandaVision, Marvel pokazał, że jego serialowe uniwersum może być czymś więcej niż dodatkiem do kinowych widowisk. Produkcja bawiła się telewizyjnymi konwencjami, zaskakiwała pomysłowością i przede wszystkim potrafiła opowiedzieć poruszającą historię o miłości oraz stracie. Po drodze dostaliśmy W Multiwersum obłędu, później To zawsze Agatha, a teraz przyszła pora na ostatni rozdział tej opowieści.
Przyznam, że miałem pewne obawy, czy twórcom uda się utrzymać poziom poprzedników. Tym bardziej że głównym bohaterem jest przecież android próbujący odnaleźć własną tożsamość. Terry Matalas nie tylko sprostał temu wyzwaniu, ale stworzył jeden z najbardziej interesujących, emocjonalnych i oryginalnych seriali w historii MCU. VisionQuest jest dokładnie tym, czego oczekuję od Marvela, kiedy ten pozwala sobie na odrobinę twórczego szaleństwa.
VisionQuest nie boi się eksperymentować i właśnie za to go uwielbiam
Punktem wyjścia jest historia Białego Visiona, którego ostatni raz widzieliśmy w finale WandaVision. Bohater odzyskał wspomnienia swojego poprzedniego wcielenia, ale czy pamięć o dawnym życiu wystarczy, aby ponownie stać się tą samą osobą? Czy można pamiętać miłość, nie potrafiąc jej poczuć? Oraz wreszcie, czy istota stworzona przez człowieka może sama zdecydować, kim chce być?
To tylko część pytań, wokół których zbudowano fabułę. Vision poszukuje odpowiedzi, próbując zrozumieć zarówno swoją przeszłość, jak i osobowości sztucznych inteligencji obecnych w jego umyśle. Nie pomaga mu powrót Ultrona, którego obecność nadaje tej historii dodatkowego, wyjątkowo niepokojącego wymiaru. Do tego dochodzi tajemniczy Thomas Shepherd i intryga, której poszczególne elementy stopniowo układają się w coraz bardziej skomplikowaną całość.
Największą siłą VisionQuest jest jednak sposób, w jaki twórcy zdecydowali się opowiedzieć tę historię. Serial nie zamyka się w ramach jednego gatunku. Potrafi być trzymającym w napięciu thrillerem, psychologicznym dramatem, opowieścią science fiction, a chwilami również czymś znacznie bardziej surrealistycznym.
Podobnie jak WandaVision, produkcja odważnie bawi się formą, ale nie próbuje kopiować pomysłów swojego poprzednika. Zamiast tego znajduje własny język, wykorzystując nietypowe rozwiązania wizualne i narracyjne, szczególnie w przedstawianiu tego, co rozgrywa się wewnątrz umysłu głównego bohatera.
Co ważne, ta kreatywność nie jest sztuką dla sztuki. Każdy kolejny eksperyment pomaga lepiej zrozumieć Visiona i jego wewnętrzny konflikt. Dzięki temu nawet najbardziej abstrakcyjne fragmenty mają swoje uzasadnienie, a całość zachowuje zaskakującą spójność. To właśnie takie podejście sprawia, że VisionQuest trudno pomylić z jakąkolwiek inną produkcją Marvela.
Serial o sztucznej inteligencji, który jest bardziej ludzki niż niejeden dramat

Brzmi to dość paradoksalnie, ale najbardziej ludzkie emocje w VisionQuest odnajdujemy właśnie w bohaterach, których istnienie jest nierozerwalnie związane ze sztuczną inteligencją.
Terry Matalas wykorzystuje science fiction do opowiedzenia historii o sprawach doskonale nam znanych. Samotności, potrzebie przynależności, żałobie, poszukiwaniu własnej tożsamości i pragnieniu bycia kochanym. O tym, jak bardzo definiuje nas przeszłość i czy jesteśmy w stanie uwolnić się od oczekiwań innych. Wszystko to wybrzmiewa z niezwykłą siłą.
Nie spodziewałem się, że VisionQuest okaże się aż tak przytłaczającym emocjonalnie doświadczeniem. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie pojedynczych scen, które mają wzruszyć widza. Ten serial niemal przez cały czas utrzymuje ogromny ciężar emocjonalny, a kolejne wydarzenia tylko go potęgują.
Bohaterowie próbują zrozumieć samych siebie, nawiązują relacje, zmagają się z konsekwencjami przeszłości i podejmują decyzje, których znaczenie wykracza daleko poza typową superbohaterską opowieść. Najbardziej przejmujące bywają przy tym momenty zaskakująco kameralne, kiedy zamiast spektakularnej akcji otrzymujemy zwyczajną rozmowę albo chwilę ciszy.
Co szczególnie mi się podoba, twórcy nie próbują na siłę rozładowywać napięcia żartami. Humor oczywiście się pojawia, ale nie odbiera znaczenia dramatycznym wydarzeniom. Serial wie, kiedy pozwolić widzowi się uśmiechnąć, a kiedy zostawić go sam na sam z niewygodnymi emocjami.
Właśnie dlatego ta historia działa tak dobrze. Nie chodzi w niej o udowodnienie, że maszyny potrafią naśladować ludzi, tylko o pokazanie, że człowieczeństwo definiuje coś znacznie głębszego niż samo biologiczne pochodzenie.
Paul Bettany i James Spader są fenomenalni…

Oczywiście nawet najlepszy scenariusz nie miałby takiej siły oddziaływania bez odpowiednich aktorów. Na szczęście pod tym względem VisionQuest wypada wręcz znakomicie. Paul Bettany daje jeden z najlepszych występów w swojej dotychczasowej przygodzie z MCU. Jego Vision jest postacią fascynującą właśnie ze względu na wewnętrzne sprzeczności. Z jednej strony dysponuje wspomnieniami, które powinny definiować jego osobowość. Z drugiej musi na nowo odkryć, co właściwie one dla niego znaczą.
Bettany fantastycznie operuje mimiką, spojrzeniem i drobnymi gestami. Potrafi przekazać ogrom emocji, jednocześnie zachowując charakterystyczną powściągliwość bohatera. Dzięki temu nawet pozornie proste dialogi nabierają zupełnie innego znaczenia.
Jeszcze większe wrażenie robi jednak James Spader, którego powrót do roli Ultrona jest absolutnym strzałem w dziesiątkę. Nie będę ukrywał, że już sama obecność tej postaci była jednym z elementów, na które najbardziej czekałem. Ultron od dawna zasługiwał na ponowne wykorzystanie, a VisionQuest doskonale pokazuje, jak wiele można z nim zrobić.
Spader jest rewelacyjny. Jego interpretacja Ultrona łączy chłodną inteligencję, arogancję, niepokojący spokój i charakterystyczną ironię. Co więcej, chemia pomiędzy Spaderem a Bettanym jest kapitalna. Każde ich spotkanie ma w sobie coś magnetycznego. Nawet kiedy bohaterowie jedynie rozmawiają, trudno oderwać wzrok od ekranu.
Na osobne wyróżnienie zasługują również Ruaridh Mollica oraz Lauren Morais. Ich relacja jest jednym z najbardziej naturalnych i przekonujących elementów całej produkcji. Od pierwszych wspólnych scen czuć, że tych bohaterów łączy coś więcej niż wyłącznie konieczność współpracy.
Jest pomiędzy nimi swoboda, autentyczna bliskość i wzajemne zrozumienie, które sprawiają, że błyskawicznie zaczynamy im kibicować. Szczególnie dobrze wypada Mollica, który wnosi do historii ogromną dawkę emocji, ale Morais ani przez moment nie pozostaje w jego cieniu. To duet, którego obecność naprawdę wzbogaca serial.
…zupełnie jak reszta obsady
Na tym jednak pochwały dla obsady się nie kończą, bo praktycznie każda postać drugoplanowa wnosi do tej historii coś wartościowego. Świetnie wypada Emily Hampshire jako E.D.I.T.H., która doskonale odnajduje się w niecodziennej konwencji serialu, wprowadzając do niego sporą dawkę charakteru, ironii i humoru. Równie interesująco prezentują się Orla Brady w roli F.R.I.D.A.Y. oraz James D’Arcy jako J.A.R.V.I.S.
Szczególnie obecność tego ostatniego stanowi miły ukłon w stronę wieloletnich fanów MCU, którzy mogą pamiętać aktora z roli Edwina Jarvisa w Agentce Carter. Każda z tych interpretacji ma własną osobowość, dzięki czemu przedstawione w serialu sztuczne inteligencje nie sprawiają wrażenia jedynie kolejnych wariacji na ten sam temat.
Osobne słowa uznania należą się T’Ni Miller, która jako Jocasta potrafi znakomicie połączyć niepokojącą tajemniczość z zaskakującą wrażliwością. To kolejna postać, która udowadnia, jak wiele emocji można wydobyć z historii o sztucznej inteligencji. Nie zawodzi również Todd Stashwick jako Paladin, wnoszący do produkcji odpowiednią dawkę bezwzględności i charyzmy. Jego obecność skutecznie podkręca napięcie, a sam bohater stanowi interesującą przeciwwagę dla bardziej introspektywnej części opowieści. Warto wspomnieć także o Diane Morgan, która znakomicie wykorzystuje swój komediowy talent, oraz Henrym Lewisie i Jonathanie Sayerze, wcielających się odpowiednio w D.U.M.-E i U. Nawet te pozornie mniej istotne role potrafią zaskoczyć i nadać całej historii nieco dodatkowego kolorytu.
Największym osiągnięciem całej obsady jest jednak to, że mimo tak wielu nietypowych postaci żadna z nich nie wydaje się oderwana od świata przedstawionego. Aktorzy doskonale rozumieją konwencję, w której przyszło im występować, i potrafią odnaleźć odpowiednią równowagę pomiędzy dramatem, absurdem a momentami czysto komediowymi. Dzięki temu VisionQuest nie jest wyłącznie popisem Bettany’ego i Spadera, choć obaj bez wątpienia zasługują na największe owacje. To przykład produkcji, w której znakomita obsada pracuje na sukces całej historii, a nie wyłącznie własnych bohaterów.
Świetne tempo, mocna intryga i napięcie, które nie odpuszcza

Jednym z największych problemów wielu współczesnych seriali Marvela bywa ich tempo. Niektóre historie wydają się niepotrzebnie rozciągnięte, inne sprawiają wrażenie pełnometrażowych filmów podzielonych na kilka części. VisionQuest na szczęście w dużej mierze unika obu tych pułapek.
Osiem odcinków wykorzystano tutaj naprawdę dobrze. Historia otrzymuje odpowiednio dużo przestrzeni na rozwinięcie bohaterów i ich relacji, a jednocześnie ani na chwilę nie traci swojego głównego kierunku.
Twórcy bardzo umiejętnie przeplatają fragmenty bardziej kameralne z momentami, w których napięcie wyraźnie rośnie. Kiedy wydaje się, że otrzymaliśmy odpowiedzi na najważniejsze pytania, pojawiają się kolejne elementy układanki.
Nie oznacza to jednak, że serial bezustannie bombarduje widza zwrotami akcji. Wręcz przeciwnie. Jego tempo wynika przede wszystkim z konsekwentnie rozwijanej intrygi i emocjonalnego zaangażowania w losy bohaterów. Nawet kiedy akcja zwalnia, nie miałem poczucia, że oglądam niepotrzebny przerywnik. Poszczególne sceny rozwijają relacje, pogłębiają konflikty albo pozwalają spojrzeć na znane wydarzenia z zupełnie innej perspektywy.
Ogromną rolę odgrywa również atmosfera. VisionQuest potrafi być niepokojący w sposób, którego niekoniecznie spodziewalibyśmy się po produkcji MCU. Nie zawsze wiemy, komu powinniśmy zaufać, jakie intencje kierują poszczególnymi postaciami i w którym momencie pozornie bezpieczna sytuacja może wymknąć się spod kontroli.
Jeżeli miałbym wskazać element, który nie każdemu przypadnie do gustu, byłaby nim właśnie intensywność całej opowieści. Serial potrafi przytłoczyć, a jego bohaterowie rzadko otrzymują chwilę prawdziwego wytchnienia. Osoby oczekujące przede wszystkim lekkiej superbohaterskiej przygody mogą poczuć się tym nieco zmęczone. Dla mnie jest to jednak świadoma decyzja twórców, która doskonale współgra z charakterem przedstawianej historii.
Znakomite zwieńczenie historii rozpoczętej przez WandaVision, ale czy to aby na pewno koniec?

WandaVision, Doktor Strange w multiwersum obłędu, To zawsze Agatha i wreszcie VisionQuest składają się na jedną z najbardziej interesujących, a przy tym najbardziej emocjonalnych historii w całym MCU. Choć Marvel zwykł określać swoje trzy seriale mianem trylogii, trudno byłoby pominąć w tym zestawieniu film Sama Raimiego. To właśnie on stanowi niezwykle istotny rozdział opowieści o Wandzie Maximoff, jej żałobie, desperacji i konsekwencjach decyzji podjętych po wydarzeniach w Westview.
Dopiero połączenie tych czterech produkcji pozwala w pełni docenić, jak wielowymiarową historię opowiedziano na przestrzeni ostatnich lat. Historię o miłości, stracie, rodzicielstwie i poszukiwaniu własnej tożsamości, której VisionQuest nadaje niezwykle satysfakcjonujące zwieńczenie.
VisionQuest z ogromnym wyczuciem rozwija te motywy, jednocześnie nadając im nowe znaczenie. Znajomość poprzednich odsłon zdecydowanie wzbogaca seans, ponieważ pozwala dostrzec, jak wiele emocjonalnych i fabularnych elementów znalazło tutaj swoje rozwinięcie.
Najbardziej cieszy mnie jednak to, że twórcy nie zapomnieli o najważniejszej rzeczy, czyli odpowiednim zakończeniu opowieści. Finał VisionQuest jest znakomity. Satysfakcjonujący, poruszający i przede wszystkim sprawiający, że cała podróż nabiera jeszcze większego sensu. Nie zamienia się w wyłącznie efektowny spektakl ani pretekst do zapowiadania kolejnych produkcji.
Otrzymujemy zakończenie, które szanuje bohaterów i emocje widzów zaangażowanych w tę historię od 2021 roku (a w sumie to nawet od 2014!). Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że pewne możliwości na przyszłość pozostają otwarte.
No i bardzo dobrze. Bo chociaż VisionQuest stanowi znakomite domknięcie trylogii rozpoczętej przez WandaVision, wcale nie musi oznaczać definitywnego pożegnania z jej bohaterami. A nawet gdyby okazało się, że to rzeczywiście koniec, trudno byłoby wyobrazić sobie znacznie lepszy sposób zakończenia tej historii.
VisionQuest – podsumowanie i ocena. Właśnie takiego Marvela chcę oglądać!

VisionQuest jest dla mnie jednym z największych pozytywnych zaskoczeń w serialowej historii Marvela. To produkcja, która nie boi się eksperymentować z formą, podejmować trudnych tematów i traktować swoich bohaterów z należytą powagą.
Otrzymujemy znakomicie poprowadzoną intrygę, świetnie wyważone tempo, rewelacyjną obsadę i ogromny ładunek emocjonalny. Paul Bettany oraz James Spader są absolutnie fantastyczni, Ruaridh Mollica i Lauren Morais tworzą niezwykle przekonujący duet, a Terry Matalas udowadnia, że superbohaterskie historie wciąż mogą zaskakiwać świeżością.
Najbardziej doceniam jednak coś innego. W czasach, w których coraz więcej dyskutujemy o rozwoju sztucznej inteligencji i jej miejscu w naszym świecie, Marvel przygotował opowieść, która zadaje zaskakująco trafne pytania o naturę człowieczeństwa.
Bo VisionQuest wcale nie jest wyłącznie historią o maszynach próbujących zrozumieć ludzi. To przede wszystkim opowieść o emocjach, wspomnieniach i relacjach, które czynią nas tym, kim jesteśmy.
Wraz z WandaVision, Doktorem Strange’em w multiwersum obłędu i To zawsze Agatha tworzy wyjątkową sagę Maximoffów, która stanowi jedno z najciekawszych osiągnięć współczesnego MCU. A sam VisionQuest? To jeden z tych tytułów, które przypominają mi, dlaczego wciąż warto ekscytować się nowymi projektami Marvela.

