Są gry, przy których przez pół godziny tłumaczysz zasady, kolejne pół próbujesz zrozumieć, dlaczego właśnie straciłeś cztery punkty zwycięstwa, a po dwóch godzinach zaczynasz zastanawiać się, czy naprawdę potrzebujesz tych znajomych. Cheese Master idzie w zupełnie inną stronę. Tutaj w kilka minut poznajesz zasady, rzucasz kostkami i po chwili jesteś dorosłym człowiekiem, który w przypływie emocji zamiast kawałka sera łapie ze stołu kostkę. Czy Cheese Master to dobry kawałek sera? Zapraszam do lektury.
Ile sera zostało? Pytanie trudniejsze, niż się wydaje
Założenia Cheese Master są banalnie proste. Rzucamy kostkami, patrzymy, co na nich wypadło, a następnie próbujemy jak najszybciej ustalić, ile sera zostało. Problem w tym, że ser najwyraźniej znajduje się na samym dole bardzo skomplikowanego łańcucha pokarmowego. Mamy myszy, które interesuje ser. Kota, którego interesują myszy. Psa, którego interesuje kot. Do tego dochodzą kolejne symbole zmieniające sytuację na stole. W teorii wystarczy więc spojrzeć, wykonać kilka prostych działań i podać wynik. A w praktyce wygląda to mniej więcej tak:
„Pięć!”
„Nie, cztery!”
„Była mysz!”
„Ale był kot!”
„Kota nie ma, bo był pies!”
I w tym momencie człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego proste zadania matematyczne wykonywane pod presją czasu są stosowane do sprawdzania odporności psychicznej. Największym przeciwnikiem w Cheese Master nie są bowiem inni gracze. Jest nim Twój własny mózg, który po kilku szybkich rundach nagle postanawia, że myszy już się nie liczą, koty można ignorować, a kostka leżąca na stole wygląda wystarczająco podobnie do kawałka sera, żeby ją złapać.
Zasady proste. Zdecydowanie zbyt proste, żeby tak często się mylić
Cheese Master ma ogromną zaletę: zasady tłumaczy się błyskawicznie. Nie ma wertowania instrukcji, diagramów przedstawiających kolejność faz ani człowieka przy stole, który po dwudziestu minutach pyta: co mam teraz zrobić?

Tutaj praktycznie od razu można grać, właśnie dlatego wyjątkowo zabawne jest to, jak często człowiek popełnia błędy. Zapominasz o myszy. Nie uwzględniasz kota. Źle interpretujesz sytuację. Jesteś pewien wyniku, dopóki ktoś obok nie poda innego i nagle całe Twoje matematyczne wykształcenie poddajesz sporej wątpliwości. Gra nie wymaga przy tym żadnych wielkich umiejętności matematycznych. To nie jest konkurs na najszybsze liczenie. Znaczy, w sumie jest, ale znacznie ważniejsze są koncentracja, spostrzegawczość i przede wszystkim umiejętność zachowania spokoju.
A z tym ostatnim jest najgorzej. Po kilkunastu rozegranych partiach nie miałem poczucia, że nagle stałem się mistrzem sera. Oczywiście symbole zaczyna się rozpoznawać szybciej, ale pośpiech cały czas pozostaje złym doradcą. Wystarczy jedna sekunda paniki i mózg podpowiada: skoro nie widziałeś kota, to go tam nie było! PODAJ WYNIK!!
Sam jesteś swoim wrogiem! I te karty, one też!
Mam jednak jeden element Cheese Master, z którym nie do końca się polubiłem.
Karty służące do wskazywania wyniku.
Paradoksalnie kilka razy więcej czasu traciłem na znalezienie właściwej liczby niż na samo rozwiązanie zagadki. W głowie już wiesz, że odpowiedź to cztery, ręka zaczyna gorączkowo przeglądać karty, obracać i szukasz z każdej strony, bo zamiast siedmiu osobnych kart masz cztery podwójne, przez co przy złym ułożeniu możesz się naszukać.
Rozumiem ten pomysł, ale osobiście wolałbym rozwiązanie pozwalające jeszcze szybciej zaznaczyć wynik. Cheese Master żyje przecież tempem, więc każda rzecz, która choć trochę to tempo blokuje, zaczyna być zauważalna.
Ha! Nauka przez zabawę, ale nie mów tego głośno.
Graliśmy w trzy osoby i szybko okazało się też, że podstawowe zasady niekoniecznie są idealne dla młodszych dzieci.
Przy grze na szybkość dziecko po prostu nie ma większych szans z dorosłymi.

I nie ma tu znaczenia, że rozumie zasady. Zanim spokojnie przeanalizuje sytuację, dorosły zdąży podać odpowiedź, pomylić się, zobaczyć błąd, przekląć w duchu i znowu pomylić, i jeszcze rozpocząć kłótnię dotyczącą kota.
Rozwiązanie okazało się jednak banalne.
Wprowadziliśmy tury. Bez presji związanej z tym, kto pierwszy poda odpowiedź, dziecko mogło spokojnie policzyć wszystko we własnym tempie. I nagle Cheese Master zaczął działać jako bardzo fajna gra dziecięca.
To zresztą jedna z rzeczy, które najbardziej mi się tutaj podobają. Podstawowa wersja jest szybką grą imprezową, ale wystarczy drobna zmiana reguł, żeby zrobić z niej spokojniejszą zabawę ćwiczącą liczenie i logiczne myślenie.
Dziesięć minut i wystarczy. Albo jeszcze raz
Jedna partia trwała u nas naprawdę około dziesięciu minut. Rozegraliśmy ich kilkanaście i Cheese Master ani razu nie próbował udawać czegoś większego, niż jest.
To nie jest gra, przy której siadasz w sobotę o 18:00, otwierasz napoje, przygotowujesz przekąski i informujesz rodzinę, że zobaczycie się ponownie w niedzielę.
To przystawka. Czekadełko.

Gra, którą wyciągasz przed większym tytułem, podczas spotkania rodzinnego albo wtedy, gdy masz kwadrans i chcesz w coś zagrać bez przygotowywania połowy stołu.
Pod tym względem najbliżej jej do takich szybkich imprezowych tytułów jak Prawo Dżungli. Nie chodzi o głęboką strategię. Liczy się reakcja, zamieszanie przy stole i moment, w którym ktoś robi coś kompletnie głupiego tylko dlatego, że chciał być pierwszy.
Ser, ale taka Gouda, dobry, ale są lepsze
Jeżeli chodzi o wykonanie, jest solidnie. Nie znajdziemy tutaj komponentów, które będziemy fotografować przez pięć minut przed pierwszą partią ani drewnianego sera wykonanego ręcznie przez szwajcarskiego rzemieślnika mieszkającego od trzydziestu lat w Alpach.
Ale też niczego takiego nie potrzeba.Elementy spełniają swoje zadanie, całość jest czytelna i kolorowa, a po rozłożeniu na stole od razu wiadomo, że nie mamy przed sobą poważnej ekonomicznej strategii dotyczącej przemysłu mleczarskiego.
Bo gra jest jak ser – dobra!
Cheese Master nie próbuje rewolucjonizować planszówek. Nie ma tu wielkich decyzji, kombinowania na pięć ruchów do przodu ani strategii, którą będziesz analizował następnego dnia pod prysznicem.
Są kostki, ser, myszy i dorosły człowiek, który czasami przestaje odróżniać te trzy rzeczy.
Ale właśnie na tym polega jej urok.
To szybka, lekka i bardzo prosta gra. Potrafi zrobić przy stole odpowiednią ilość chaosu, a jednocześnie nie męczy na tyle, żeby po kilku rundach człowiek chciał schować pudełko na samym dnie szafy.
Bo czasami nie potrzebuję epickiej przygody, budowania imperium ani ratowania świata.
Czasami chcę po prostu przez dziesięć minut kłócić się ze znajomymi o to, ile sera zjadła mysz.

