Na trzydziestolecie Raymana otrzymaliśmy nowe wydanie pierwszego Raymana. Jednak nie jest to ani remake, ani remaster, to w praktyce ta sama gra. To edycja zawierająca grę w kilku wersjach – MS-DOS, PlayStation®, Atari Jaguar, Game Boy Color i Game Boy Advance. Tytuł oferuje również zaginiony prototyp na SNESa! Na taką rocznicę wolałbym jednak nową część… ale czy warto zagrać w Rayman 30th Anniversary?
Kim jest Rayman?
Rayman zadebiutował w 1995 roku (rok przede mną! heh). Za jego powstanie odpowiada Michel Ancel, a wydawcą było francuskie studio Ubisoft. Od samego początku tytuł wyróżniał się nietypowym wyglądem – pozbawiony był ramion i nóg. A winne są ograniczenia techniczne, które sprawiły, że pojawiły się problemy z animacją bohatera!

Jubileuszowa edycja zawiera pięć wersji gry z różnych platform, które różnią się drobnymi szczegółami i kosmetycznymi elementami, wynikającymi z ograniczeń danego sprzętu. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zagrać w pierwszą odsłonę Raymana (moja przygoda z tą serią zaczęła się od genialnej dwójki).
Fabuła pozostała bez zmian – zły Pan Mroczny porywa Wielkiego Protoona i sprawia, że Elektroony tracą swoją naturalną stabilność i rozpraszają się po wszystkich krainach. Naszym celem jest pokonanie antagonisty i przywrócenie porządku na świecie.
Po ograniu całości mogę stwierdzić jedno – dobrze, że nie robi się już takich platformówek! W dzisiejszych czasach pierwszy Rayman wpadłby do kategorii gier typu Unfair Mario.

Przestarzały gameplay
Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak dobrze zestarzał się Rayman – kolorowe, pikselowe światy, różnorodne krainy i urocze projekty postaci nawet po tylu latach wyglądają świetnie.
Niestety projekty poziomów to dla mnie spore nieporozumienie. Bardzo często nie widać, gdzie się skoczy, przez ograniczone pole widzenia. Trzeba więc skakać na oślep i liczyć, że poza ekranem trafimy na platformę, albo nie trafimy na kolce, które nas uśmiercą. Do tego niektóre platformy oraz przeciwnicy potrafią pojawić się nagle, bez ostrzeżenia. Jest to naprawdę niesprawiedliwy poziom trudności, gdy gra nie daje nam szansy zareagować. Sprawia to, że najlepszą metodą na ukończenie gry jest nauka poziomów na pamięć.
Twórcy jubileuszowej edycji (Digital Eclipse) zdawali sobie sprawę, że dla współczesnego odbiorcy tytuł może nie być zbyt przystępnym, więc dodano kilka ułatwień – możliwość przewijania czasu, odblokowanie wszystkich umiejętności na start czy włączenie nieskończonej liczby żyć. Dla mnie osobiście cofanie czasu było zbawieniem, bo naprawdę niektóre momenty są frustrujące.

Nie pomaga również fakt, że Rayman nie jest szczególnie responsywnym bohaterem – sterowanie nim jest powolne i drewniane. Zdarzało się, że ciężko mi było wymierzyć odległość, żeby przeskoczyć przepaść. Często skoki wymagają precyzji co do piksela, więc trzeba być niesamowicie dokładnym.
Walki z bossami są ciekawie zaprojektowane, każdy ma swój unikalny zestaw ataków. Niestety sporą przeszkodą jest arena, która jest mała i mocno ogranicza ruchy. Zmniejszyłbym też ilość życia bossów albo urozmaicił ich ataki, gdyż wykonywanie kilka razy tej samej sekwencji staje się monotonne.

Kawał historii
Mocnym punktem wydania są materiały dodatkowe. Jak na rocznicę przystało, dostajemy sporo treści zza kulis: historię powstania gry, wywiady z twórcami czy grafiki koncepcyjne przedstawiające postacie i elementy świata gry. To naprawdę fajny dodatek dla fanów i nie tylko!
Szkoda tylko, że w grze brakuje języka polskiego.
Sporo kontrowersji wywołała zmiana ścieżki dźwiękowej. Nową przygotowały osoby odpowiedzialne również za muzykę do Rayman Origins i Legends. Nie grałem w oryginał, ale w tej wersji dobrze pasuje i buduje odpowiedni klimat w każdej krainie.
Sprawdź też: Split Fiction [PS5] – recenzja gry – Jeszcze jedną mechanikę poproszę!

Dla kogo jest ten Rayman?
Rayman 30th Anniversary to ciekawy powrót do klasyki, który jednak najlepiej pokazuje, jak bardzo zmieniły się platformówki na przestrzeni lat. Mimo pięknej oprawy i wartości historycznej, rozgrywka potrafi dziś frustrować i odstraszyć mniej cierpliwych graczy. To bardziej ciekawostka dla fanów serii niż propozycja dla każdego.
Sprawdź też: Big Hops – recenzja gry – Czy więcej zawsze znaczy lepiej?
