Po lekturze dwóch pierwszych tomów byłam zachwycona tym, jak Kyle Higgins odświeżył gatunek superbohaterski. Trzeci tom, który niedawno wpadł w moje ręce dzięki wydawnictwu Non Stop Comics, kontynuuje tę passę, ale tym razem wrzuca naszych bohaterów na jeszcze głębszą wodę. Jeśli myśleliście, że najgorsze już za nimi, to Galeria złoczyńców szybko wyprowadzi was z błędu. Zapraszam do recenzji!
Marshall, który przejął rolę Radiant Blacka, wcale nie ma łatwego życia. Choć początkowo wydawało się, że bycie herosem to świetna zabawa i ucieczka od nudnej pracy w wypożyczalni wideo, rzeczywistość szybko weryfikuje jego marzenia. Oprócz walki z międzygalaktycznymi zagrożeniami, musi teraz zmierzyć się z czymś znacznie bardziej przyziemnym, a zarazem podstępnym: grupą zorganizowanych złoczyńców, którzy mają jeden cel – odebrać mu moc.
Współczesne problemy, współczesne rozwiązania
To, co najbardziej podoba mi się w Radiant Black, to fakt, że historia jest osadzona tu i teraz. Kyle Higgins nie pisze o herosach w starym stylu – on pokazuje, jak wyglądałoby bycie superbohaterem w dobie internetu. Marshall, jako nowy Radiant Black, musi radzić sobie nie tylko z potworami, ale też z mediami społecznościowymi i budowaniem własnego wizerunku w sieci. Z kolei nowi przeciwnicy, z którymi przychodzi mu się mierzyć, podchodzą do bycia złoczyńcami jak do nowoczesnego biznesu. Zamiast planów podboju świata, mamy tu motywy związane z technologią, wirtualnymi walutami i próbą zarobienia na chaosie, co nadaje całości bardzo świeżego, niemal reporterskiego klimatu.
Nathan, który wciąż dochodzi do siebie po wydarzeniach z poprzednich tomów, nie zostaje zepchnięty na boczny tor. Ich relacja nadal jest sercem tej opowieści. W trzecim tomie obserwujemy, jak obaj radzą sobie z nowym podziałem ról – Nathan jako mentor i wsparcie, Marshall jako ten na pierwszej linii frontu. Ich dialogi to wciąż złoto: są autentyczne, czasem bolesne, a czasem bardzo zabawne.

Nowe twarze i eksperymenty
W Galerii złoczyńców dostajemy też coś, na co bardzo czekałam – bliższe poznanie pozostałych Radiantów. Na szczególną uwagę zasługuje zeszyt poświęcony Żółtemu Radiantowi, czyli Wendellowi. Autorzy zastosowali tu niesamowity zabieg narracyjny, pokazując cztery różne momenty z jego życia jednocześnie na każdej stronie.
To jednak nie koniec niespodzianek! Twórcy poszli o krok dalej w zacieraniu granicy między komiksem a rzeczywistością. W pewnym momencie natraficie na kod QR, który po zeskanowaniu prowadzi do prawdziwego filmiku na YouTube! To genialny smaczek, który idealnie dopełnia ten nowoczesny klimat. Takie eksperymentowanie z medium pokazuje, że Massive-Verse to nie jest tylko kolejna kopia znanych schematów, ale coś znacznie ambitniejszego.
Warstwa graficzna, za którą odpowiada Marcelo Costa (oraz Stefano Simeone w zeszycie o Żółtym), nadal trzyma bardzo wysoki poziom. Kolory dosłownie biją po oczach – neony, efekty energetyczne i dynamiczne kadrowanie sprawiają, że nawet przy szybkim tempie akcji wszystko wygląda czytelnie i stylowo.
Sprawdź też: Rogue Sun. Kataklizm. Tom 1 – recenzja komiksu – Kiedy szkolny tyran staje się superbohaterem

Czy warto sięgnąć po trzeci tom?
Zdecydowanie tak! Radiant Black. Tom 3 to dojrzała kontynuacja, która udowadnia, że ten świat ma jeszcze mnóstwo do zaoferowania. To już nie jest tylko origin story – to pełnokrwista opowieść o konsekwencjach naszych wyborów i o tym, że pod maską superbohatera zawsze kryje się człowiek ze swoimi długami, lękami i potrzebą akceptacji. Końcówka tomu zostawia nas z potężnym cliffhangerem, po którym od razu chce się sięgnąć po kolejną część!
Sprawdź też: Radiant Black. Tom 1 i 2 – recenzje komiksów – Gdy kosmiczna moc wpada w ręce przeciętnego obywatela

