MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Poprzedni
Następny

Thor: Miłość i grom – recenzja filmu. Klasyczna przygoda Thora!

Pamiętam jak dwa dni przed seansem Endgame w Imax unikałam wszelkich mediów społecznościowych w obawie przed spoilerami. Pech chciał, że zawędrowałam na pewien psi portal plotkarski, gdzie jeden z czytelników do swojego komentarza dopisał post scriptum obwieszczające śmierć mojego ulubionego bohatera Marvel Cinematic Universe. Liczyłam, że to tylko ponury żart (nie znałam fabuły komiksów), niestety pudelkowe proroctwo się ziściło. Po powrocie z kina byłam wściekła. Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. W ramach zemsty na Filmwebie oceniłam produkcję na 5. Musiałam przepracować swoją marvelową żałobę i z czasem zaakceptowałam tragiczne zakończenie Fazy III.

 Thor: Miłość i grom – recenzja filmu. Klasyczna przygoda Thora! 

Rozczarowanie obecnym Marvel Cinematic Universe

Pocieszałam się, że już wkrótce rozpoczniemy Fazę IV, która przyniesie nam same dobre filmy. Niestety, wciąż nie dostawałam tego, czego chciałam. Czarna Wdowa miała najgorszego i najsłabiej napisanego antagonistę ever, Eternalsi przypominali disney’owską produkcję familijną, Spider-Man: Bez drogi do domu cudnie nakarmił moją nostalgię i sentymenty, ale scenariuszowo był koszmarkiem. Nie zapomniałam również o Doktor Strange w multiwersum obłędu, który miał niewykorzystany potencjał i do pięt nie dorastał genialnemu WandaVision. Jedynym filmem, na którym naprawdę świetnie się bawiłam, był Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni. Honor IV Fazy za to ratują rewelacyjne seriale, które trzymają poziom i mają w sobie ten pazur znany ze starych produkcji.

Po tylu rozczarowaniach przestałam wyczekiwać na kolejne premiery. O tym, że wychodzi nowa część Thora, przypomniałam sobie, gdy pojawił się pierwszy zwiastun. I tak pewnie skopią ten film – przeszło mi przez myśl. Ale po trailerze miałam bardzo dobre przeczucia. W końcu reżyserem jest Taika Waititi, król abstrakcyjnego humoru, twórca Dzikich Łowów, filmowego Co robimy w ukryciu czy Jojo Rabbit. To on również odpowiadał za najlepszą według mnie do tej pory część Thora – Ragnarok.

Gdy dowiedziałam się, że będę uczestniczyć w pokazie przedpremierowym, to przez cały weekend (jak nigdy!) nie mogłam się doczekać poniedziałku. I powiem Wam, że warto było czekać!

Fotos z filmy Thor: Miłość i grom

Miłość i grom

Postaram się w swojej recenzji nie zawierać żadnych spoilerów i nie wychodzić poza to, co widzieliśmy na obu zwiastunach. Od pierwszych minut w filmie dużo się dzieje. Opowieść rozpoczyna się od genezy antagonisty — Gorra zwanego rzeźnikiem Bogów bądź Bogobójcą (w tej roli rewelacyjny i kompletnie do siebie niepodobny Christian Bale). Reżyser portretuje jego traumę, pozwala zrozumieć późniejsze motywy działania, widz nawet jest w stanie mu momentami współczuć. Wstęp jest bardzo sprawnie opowiedziany, historia stanowi swoistą parabolę i komentarz do kwestii wiary i religii.

Potem wracamy do protagonisty (Chris Hemsworth), który w obrazie Waititi’ego przez cały film gra pierwsze skrzypce. Większość z Was pewnie pamięta go jeszcze z Endgame, jako pogrążonego w marazmie Thora Lebowskiego, hodującego piwny brzuszek i pykającego na konsoli. Pożegnajcie się z nim, bo obecnie syn Odyna zrobił formę na lato. Walcząc u boku Strażników z Galaktyki, przeszedł przemianę zarówno fizyczną jak i psychiczną. Całą swoją energię włożył w kreację lepszej wersji siebie. Przed czym uciekał, przekonacie się sami. Wiadomo, że w historiach spod szyldu MCU nigdy nie może być zbyt spokojnie. Nasz heros musiał więc porzucić self-coaching i ruszyć na ratunek swoich krajan z Nowego Asgardu. U jego boku zawalczy nieustraszona Walkiria (Tessa Thompson) oraz Korg (Taika Waititi). W trakcie jednej z potyczek, ku zaskoczeniu nordyckiego Boga dochodzi również do spotkania z ex-ziemską dziewczyną Jane Foster (Natalie Portman), która powraca jako Potężna Thor. Będzie to okazja do rozliczenia się z przeszłością i ułożenia relacji pomiędzy nimi na nowo. Więcej nie chcę Wam zdradzać, żebyście bawili się na seansie tak dobrze, jak ja. Tym bardziej że końcówka wbiła mnie w fotel, bo czegoś takiego się nie spodziewałam i tytuł filmu nabrał dla mnie zupełnie nowego znaczenia!

Fotos z filmy Thor: Miłość i grom

Prze-genialny humor

Największą siłą Thor: Love and Thunder jest niezaprzeczalnie humor. Źródłem wielu zabawnych sytuacji jest relacja Thora z obecnym Toporem i tęsknota za byłym Młotem Mjolnirem. Kolejnymi momentami, w których śmiałam się do rozpuku, były te, w których występowały kozy (co za abstrakcyjnie genialny pomysł!). Pochodzące z mitologii nordyckiej ciągnęły rydwan Thora, o tym fakcie poinformował mnie redakcyjny kolega – Adam, ja sama byłam przekonana, że są one nawiązaniem do viralowych filmików z kozami na Youtube. W obrazie znajdziecie wiele easter egg’ów. Nasz władca piorunów bowiem kopie z pół obrotu niczym Chuck Norris, czy robi szpagat pomiędzy dwoma pojazdami jak Jean Claude van Damme. Śmiesznych wstawek jest sporo, idealnie regulują tempo i rytm produkcji, momentami dając wytchnienie po poważniejszej scenie. Pewnym smaczkiem jest postać, w którą wciela się Matt Damon i jego rola w społeczności Asgardu. Wizja Taiki momentami ociera się o kicz i pastisz, ale widać, że taki był zamiar i konwencja. Należy zauważyć, że czwarta część przygód Thora łączy w sobie kilka gatunków. Mamy w niej film przygodowy, komedię, fantasy, romans, a momentami nawet dramat.

Fotos z filmy Thor: Miłość i grom

Jak dla mnie film ideolo

Scenariuszowo wszystko jest na swoim miejscu, nie ma zbędnych dłużyzn, niespójnych fragmentów, całość jest przemyślana i idealnie wyważona. Osoba, która robiła casting, spisała się świetnie, bo oprócz fantastycznego Bale’a, mamy również Russela Crowe’a w roli Zeusa, który swoją postać wykreował tak, że nie sposób jej polubić. Aktorsko jest bardzo dobrze, wydaje mi się, że nawet postać Hemswortha dojrzała i prezentuje sobą więcej emocji i teatralnych zdolności.

Fani scen walki również będą ukontentowani. Jest ich dość sporo i są bardzo dynamiczne. Efekty specjalne nie są przerysowane, ogląda się je dobrze. Bardzo podobały mi się zdjęcia i detale, jak np. fragment pokazany na zwiastunie, gdy dłonie Thora i Jane ocierają się o siebie. Wysoki walor artystyczny miały momentami sceny kręcone w czerni i bieli. Z chęcią obejrzałabym cały film w tej konwencji.

Muzycznie, można odnieść wrażenie, że jesteśmy w reżyserowanej przez Jamesa Gunna trzeciej części Strażników z Galaktyki. Usłyszymy Welcome to the Jungle, Paradise City czy Sweet Child O’ Mine zespołu Guns’n’Roses, nie zabraknie też Our Last Summer ABBY czy Only Time Enyi. Utwory świetnie korespondują z opowiadanymi historiami czy bieżącymi wydarzeniami, stanowiąc kolejny sposób narracji.

Z sali kinowej wyszłam szczerze zachwycona z myślą, że muszę to widowisko obejrzeć ponownie. Takie powinny być wszystkie blockbustery. Właśnie takich filmów Marvela życzę sobie i Wam, nasi drodzy czytelnicy. Śpieszcie do kina, bo Thor: Love and Thunder to prawdziwa petarda.

Podziel się ze znajomymi:

Udostępniam
Udostępniam
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

UDOSTĘPNIJ
UDOSTĘPNIJ