The Batman – recenzja wydania Blu-ray. Nie dla Ciebie dodatki drogi widzu!

The Batman zrobił na mnie ogromne wrażenie w kinie, dlatego z niecierpliwością czekałem na kolejny seans. Najpierw mogłem to uczynić na platformie HBO Max, a później na wydaniu Blu-ray. Czy dyskowy Gacek wart jest dodania do kolekcji?

The Batman – recenzja wydania Blu-ray.

Obsada ułożona jak zagadka Riddlera

Na początek kilka słów o samym filmie. 

Wiele z dotychczasowych produkcji na licencjach DC Comics cierpiało na niewykorzystanie potencjału rewelacyjnego castingu. Na szczęście nie było tak tym razem! Główna i zarazem najważniejsza postać, czyli Batman, to istny majstersztyk. Pomimo tego, że daleko było mi od wypisywania, że – „O nie! To ten aktor ze Zmierzchu? Jak on ma być Batmanem?!”, to miałem lekki niepokój z tyłu głowy. Cieszę się, że moje wątpliwości zostały szybko rozwiane. Pattinson to świetny człowiek-nietoperz, ale również interesujący Bruce Wayne. Z zapartym tchem śledzi się rozwój tej postaci, która dopiero od dwóch lat dba o spokój i porządek na ulicach Gotham. Robert zagrał dokładnie, tak jak chciałem, a nawet lepiej!

Zoë Kravitz jako Selina Kyle? Czekam na więcej! Moim zdaniem dzięki scenariuszowi, a także pracy tej aktorki Kobieta Kot zyskała głębie, jakiej od dawna nie miała. Kokietowała, a kiedy było to potrzebne, stawała się (prawie) bezwzględna. Jej relacja z głównym bohaterem, to coś, na co patrzyłem z przyjemnością – ucieszony, że w końcu jest między nimi chemia, na jaką od dawna zasługiwali.

Z ogromną satysfakcją oglądałem kreację Jeffrey’ego Wrighta. Za każdym razem, kiedy pojawiał się w scenie, to z tyłu głowy miałem trzask czterech liter pod postami o wyborach castingowych. „Jak komisarz Gordon, może być czarnoskóry?!” (ująłem, to w grzeczny i kulturalny sposób, było znacznie gorzej) „krzyczały” wpisy rozsierdzonych wojowników internetu. Ku mojej uciesze, pomimo poczucia niewykorzystanego do końca potencjału, Wright spisał się naprawdę dobrze, a jego relacja z Gackiem, choć bardzo zero-jedynkowa, prezentowała się w sposób idealnie pasujący do przedstawionego świata.

Po zwiastunach i przeciekach zdjęć z planu wiele osób zdziwionych było przemianą Colina Farella w Pingwina. Ja byłem nieco zaniepokojony, że jego rola będzie zmierzała w kierunku charakteru Jokera, na szczęście bardzo się pomyliłem! Farellowski Oswald Cobblepot wypada przekonywająco i już na pierwszy rzut oka przesiąknięty jest mafijnym światem, a dialogi wypowiadane przez niego budzą pozytywne skojarzenia z kreacjami Roberta De Niro.

Zauważyłem dziwny trend do ukrywania, kim był aktor grający Riddlera w Batmanie Reevsa. Jestem o tyle zaskoczony, że sam Paul Dano opowiadał o swojej pracy na długo przed premierą. Nie to, jest jednak teraz najważniejsze, a efekt osiągnięty przez twórców i samego artystę. Muszę przyznać, że po skończonym seansie nie mogłem wyjść z podziwu, jak brawurowo prezentował się Dano. Gdyby ktoś spytał mnie, czy ten człowiek jest opętany, to podpisałbym się pod tym obiema rękami! Dawno nie miałem okazji doświadczyć takiego przeżycia, wywołanego przez wyłącznie jednego bohatera. Czołówka batmanowych villainów w filmach!

Po kilku akapitach chwalenia muszę też zwrócić uwagę na fakt, że Alfred pomimo cudownej roli Andy’ego Serkisa pojawiał się zdecydowanie za mało! Miałem wrażenie, że część scen z jego udziałem zostało wycięte. Ku mojej uciesze, kiedy tylko mogliśmy go oglądać, to robiło się to z przyjemnością! Warto nadmienić, że nie jest to typowy lokaj, jakiego znamy z innych produkcji, co tym bardziej pogłębia smutek, że tak rzadko można było na niego patrzeć!

Chociaż był to już trzeci raz, kiedy oglądałem tę produkcję, to nadal odnajdywałem nowe, drobne elementy w kreacjach postaci, które powodowały u mnie jeszcze większy zachwyt. Naprawdę rzadko kiedy casting tak bardzo przypada mi do gustu!

Fabuła doskonale wyważona

Zwiastuny przed premierą kinową, pokazały nam mniej więcej zarys fabuły najnowszych przygód Batmana. W Gotham przerażających zbrodni dopuszcza się Riddler, a policja i główny bohater starają się rozwiązywać jego zagadki. W mieście nadal obecne są znane z komiksów mafijne rody, a Oswald Cobblepot przeszedł już swoją przemianę w Pingwina i prowadzi nocny klub. Pomimo prawie trzech godzin trwania seansu Matt Reeves i Peter Craig potrafili doskonale operować tempem historii, a także rozwinąć i rozwiązać wszystkie wątki. Jest to majstersztyk do tego stopnia, że nawet po poświęceniu dziewięciu godzin na seanse The Batman w moim życiu, mam ochotę na więcej!

Nie mogę jednak jedynie piać z zachwytu, ponieważ jedna ze scen pod koniec filmu była moim zdaniem kompletnie niepotrzebna. Mam wrażenie, że była próbą zaspokojenia „niedzielnych” fanów DC Comics. Patrząc całościowo, jeżeli faktycznie twórcy uparliby się, żeby nie wycinać jej z ostatecznego montażu, to moim zdaniem powinna pełnić funkcję teaseru po napisach. Była to też „podkładka” pod potencjalny sequel, który nadchodzi, tak samo, jak seriale w uniwersum Reevesa.

Ku mojej uciesze nie znalazłem więcej problemów dotyczących decyzji kreatywnych, czy historii samej w sobie. Niewątpliwie obydwaj scenarzyści przemyśleli, w jaki sposób ułożyć wydarzenia oraz o to, żeby każdy wątek otrzymał dokładnie tyle czasu, ile było potrzebne, żeby je odpowiednio rozwinąć. Czapki z głów!

Siedem? Zodiak? Nie, to nowy Batman!

Mrok i elementy grunge’u można było odczuć już w przedpremierowych klipach, ale muszę przyznać, że klimat filmu Reevesa jest jeszcze mocniejszy, niż się spodziewałem i to w ten odpowiedni sposób! Za zdjęcia odpowiedzialny był niejaki Graig Fraser. Panowie współpracowali już wcześniej przy Pozwól mi wejść w 2010 roku, ale sam Fraser ma w swoim port folio tytuły taki jak Łotr 1, Mandalorian oraz co chyba najważniejsze Diunę. Ostatnia produkcja Denisa Villeneuve’a zebrała wspaniałe recenzje za min. ujęcia i kadry i podobnie jest z The Batman.

 Klimat noir i gra cieniem, to nie jedyne zalety, które należy docenić. Oprócz samej pracy kamery, wspaniały klimat budują również wydarzenia na ekranie. Thrillerowy sznyt godny Siedem, czy Zodiaka całkiem słusznie budzi skojarzenia z filmami Davida Finchera. Bruce Wayne jest młodą i mroczną wersją tej postaci, a jego narracja przypomina dziennik Rorschacha z Watchmen. Ten zagubiony dwudziestokilkuletni superbohater, to Batman, jakiego nigdy nie widzieliśmy w aktorskich przygodach Człowieka-nietoperza, co tylko działa na korzyść historii Reevesa.

Światło i ciemność zostały wykorzystane perfekcyjnie, do tego stopnia, że główny bohater pierwszy raz budził we mnie, aż taki niepokój. Charakterystyczna sylwetka wyłaniająca się z szarości sprawiała, że włosy stawały dęba, a gęsia skórka pokrywała całe ręce. Wisienką na torcie jest muzyka Michaela Giacchino. Ten kompozytor doskonale odnajduje się w kinie rozrywkowym, chociaż nie klasyfikowałbym tak akurat tej produkcji. Tym razem ścieżka dźwiękowa nie była podniosła, napiszę więcej, była przytłaczająca, w klimatach „emo” i to czynni ją tak wyjątkową. Kilka dni po wyjściu z kina nadal w głowie grał mi motyw przewodni. Ostrzegam, rewatch na płycie tylko potęguje to zjawisko!

To są właśnie te detale

Mnogość ważnych detali w projekcie Reevsa jest ogromna. „Gacek” w końcu jest detektywem, na którego czekało wielu fanów. Alfred nie cacka się z Bruce’em i według mnie był bardzo blisko wersji tego lokaja z serialu Gotham. Relacja Batmana i Kobiety Kot ma w końcu jakąś chemię, a na Battinsona i Kravitz patrzy się naprawdę przyjemnie, samemu odczuwając to samo napięcie.

Dobrą decyzją fabularną było też porzucenie tematu morderstwa rodziców głównego bohatera. Ile razy można oglądać to samo. Podobnie jak w MCU zadziałało założenie, że widzowie już dobrze znają origin story Spider-Mana, tak samo tutaj idealnie zagrało nietraktowanie odbiorcy, jak urodzonego wczoraj. Jednocześnie jednak nie powoduje to, że ktoś, komu tematyki superhero i komiksowe są obce, nie może cieszyć się odbiorem!

Szybko, wszyscy do Batmobilu!

Hajpciuchcia przed premierą The Batman Matta Reevesa pędziła dla mnie szybciej od Magleva, ale na szczęście bezpiecznie dojechała do stacji końcowej „batgazm”. Trzy godziny mijają szybko w atmosferze suspensu, grozy i mroku, a Something in the way Nirvany dzwoni w uszach na długo po seansie.

„Dowieźli” aktorzy i aktorki, tak samo cała ekipa produkcyjna. Ten film to uczta dla kinomanów, a także dla fanów komiksów. Doskonale odnajdą się tutaj także fanatycy filmów Finchera, ale nie oznacza to, że każdy będzie zadowolony. Domyślam się, że są osoby, dla których taki klimat może być zbyt przytłaczający lub po prostu nie są sympatykami thrillerów.

Kończąc mój wywód. Czy polecam zobaczyć to dzieło ponownie? Zdecydowanie tak! Żałować można, jeżeli nie doświadczyło się tej „uczty” w IMAX-ie. Wiele kadrów nadaje się na oprawienie w ramkę albo przynajmniej na tapetę na komputer. Polecam obejrzeć jak najszybciej, bo nie można odpuścić produkcji tak ważnej dla postaci Batmana! 

Gdybyście zastanawiali się, które wydanie The Batman na Blu-ray wybrać, to ja polecam to dwudyskowe! Dlaczego? Ponieważ znajdują się tam niewykorzystane sceny, a także materiały z planu. Pomimo, że przed napisaniem tego tekstu oglądałem to dzieło z podstawowej edycji, to mam ochotę zaopatrzyć się także w steelbook z dwoma dyskami, aby móc jeszcze głębiej zanurzyć się w świat wykreowany przez Reevesa i spółkę!

Podziel się ze znajomymi:

Udostępniam
Udostępniam
Udostępniam

NAJNOWSZE WPISY

O NAS:

Chcesz być na bieżąco, a nawet wiedzieć więcej o grach, komiksach, serialach lub filmach? GraPodPada.pl jest miejscem, gdzie znajdziesz informacje tworzone przez pasjonatów dla… graczy, czytaczy i oglądaczy ! Reprezentujemy różne opinie, patrząc na popkulturę z wielu perspektyw! Dlatego codziennie spodziewaj się treści wysokiej jakości i odnajduj interesujące Cię recenzje i informacje. Grasz w to? GraPodPada.pl to miejsce dla Ciebie… to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected]