Blokowiska z lat 90., krzywo położone płytki, oszczędzanie na materiałach i fachowiec, którego motto mogłoby brzmieć: „klient zauważy dopiero po odbiorze”. Majster Symulator bierze typową grę remontową, dorzuca do niej swojski humor, ducha polskiego budowlańca i sporą dawkę kontrolowanego partactwa. Pomysł jest świetny. Wykonanie? Cóż, powiedziałby pewnie majster Zbyszek: będzie pani zadowolona. O ile nie zacznie pani zbyt dokładnie oglądać fug. Zapraszam do lektury!
Kopytkowo wita przyszłego fachowca
Majster Symulator nie traci czasu na udawanie poważnej produkcji. Gra Gray2RGB, wydana przez Simplicity Games i PlayWay, od pierwszych chwil zaznacza, że trafiliśmy do świata zbudowanego z polskich stereotypów, osiedlowych legend i fachowców, którzy na każde pytanie klienta mają gotową odpowiedź. To symulator, który wygląda jak stworzony przez tego jednego, rubasznego wujaszka spotykanego jedynie na weselach i pogrzebach! Boomerski humor wylewa się z ekranu.

Wcielamy się w Maćka, młodego bohatera trafiającego do Kopytkowa, gdzie czeka na niego „warszawski” dom pozostawiony przez ciotkę mieszkającą w Stanach. Problem polega na tym, że nieruchomość ze zdjęcia należy do sąsiada, a spadek daleki jest od katalogowej wizji własnych czterech kątów. Żeby doprowadzić ją do porządku, potrzebne będą pieniądze. A skoro potrzebne są pieniądze, trzeba znaleźć robotę. Najpierw jednak trzeba będzie przepędzić okolicznych meneli zadomowionych w naszych nowych włościach.
Tutaj na scenę wkracza specyficzny majster Zbyszek. Nasz mentor, duchowy (hehe) przewodnik, filantrop i kanciarz. Napędzany alkoholem przełożony podzieli się z nami najważniejszymi zasadami, np. taką: nowych umiejętności nigdy nie ucz się w domu, tylko u klienta.
Doświadczony fachowiec szybko zostaje naszym przewodnikiem po trudnej sztuce remontowania mieszkań, choć wydarzenia przybierają dość niespodziewany obrót i Zbyszek kontynuuje szkolenie Maćka w zdecydowanie mniej materialnej formie. Od tej chwili kolejne zlecenia stają się nie tylko sposobem na zarobek, ale również drogą do zdobywania doświadczenia i pięcia się w lokalnej hierarchii majstrów.
Fabuła nie próbuje być szczególnie skomplikowana. Jest przede wszystkim pretekstem do kolejnych remontów, spotkań z barwnymi postaciami i żartów opartych na bardzo swojskim klimacie. I to wyróżnia grę na tle konkurencji. Majster Symulator wie, czym chce być. Nie House Flipperem traktującym odnawianie wnętrz z niemal terapeutycznym spokojem, lecz komedią o człowieku, który patrzy na puszkę farby i zastanawia się przede wszystkim, ile jeszcze można dolać do niej wody. Wielu graczy podniosło alarm, że po trailerze spodziewali się czegoś zupełnie innego. Na zwiastunie tytuł zapowiadał się na typowy, prosty symulator, tymczasem w wersji końcowej jest sporo naszego folkloru i kulturowych nawiązań, które mogą być niezbyt czytelne dla zagranicznego odbiorcy. A umówmy się, tytuł przed premierą rozszedł się takim echem, że jego zwiastun na swoich transmisjach oglądali najwięksi streamerzy.
Po co robić dobrze, skoro można zrobić taniej?
Podstawowy pomysł na rozgrywkę jest znakomity. W większości gier remontowych naszym celem jest osiągnięcie możliwie najlepszego efektu. Ściany powinny być równe, płytki starannie ułożone, a mieszkanie po zakończeniu pracy wyglądać lepiej niż przed naszym przyjściem. Wszystko ma być na tip-top!
Tutaj teoretycznie również możemy zostać wzorowym fachowcem. Gra przewiduje nawet wykonywanie zleceń bez fuszerki. Tyle że cała otoczka nieustannie zachęca do zastanawiania się, czy przypadkiem nie dałoby się czegoś zrobić taniej, szybciej albo po prostu „wystarczająco dobrze”.

Materiały kosztują. Czas kosztuje. Narzędzia kosztują. A klient płaci. Ekonomia remontu prowadzi więc do naturalnego konfliktu między profesjonalizmem a marżą. Możemy wykonywać zlecenia uczciwie, ale prawdziwy duch Majster Symulatora pojawia się wtedy, gdy zaczynamy kombinować. Rozcieńczyć materiał? Wykorzystać coś, co już znajduje się pod ręką? Zaoszczędzić tam, gdzie właściciel mieszkania być może nie spojrzy?
To bardzo dobry fundament dla symulatora, ponieważ odwraca typową dla gatunku fantazję. Nie bawimy się wyłącznie w perfekcyjnego projektanta wnętrz. Bawimy się w człowieka, który chce przede wszystkim wyjść z roboty na swoje. Kombinowanie to nasze drugie imię.
Szkoda tylko, że gra nie eksploatuje tego pomysłu tak mocno, jak mogłaby. Motyw fuszerki jest jednym z głównych elementów marketingu produkcji, lecz w praktyce nie każda czynność pozwala na równie kreatywne oszczędzanie. Momentami chciałoby się dostać znacznie więcej okazji do podejmowania moralnie wątpliwych, ale finansowo niezwykle rozsądnych decyzji.
Farba, płytki i remontowy chaos
Na brak typowej pracy narzekać jednak trudno. W kolejnych zleceniach zajmujemy się różnymi rodzajami remontów i napraw. Malujemy, układamy płytki, montujemy elementy wyposażenia, sprzątamy, przenosimy meble i korzystamy z szeregu narzędzi potrzebnych każdemu szanującemu się fachowcowi. Pojawiają się zarówno drobniejsze zadania, jak i większe remonty. Oficjalny opis gry wymienia również między innymi zalane łazienki i generalne odnawianie pomieszczeń. Najlepsze momenty pojawiają się wtedy, gdy gra pozwala po prostu zabrać się do roboty.

Jest coś dziwnie satysfakcjonującego w stopniowym doprowadzaniu zaniedbanego wnętrza do porządku. Nawet jeśli ideą produkcji jest partactwo, nadal obserwujemy namacalne efekty własnej pracy. Zniszczone pomieszczenie zaczyna przypominać mieszkanie, kolejne powierzchnie zostają odnowione, a lista zadań powoli się kurczy. Dawno nic mnie tak nie ucieszyło jak osiągnięcie za zrobienie pierwszego remontu na 100%. Sama byłam zaskoczona, bo pomimo starań ściana roiła się od niedoróbek (haha).
Kłopot w tym, że nie zawsze walczymy wyłącznie z remontem. Do najczęstszych problemów Majster Symulatora jest obsługa przedmiotów i precyzja niektórych czynności. Przenoszenie większych obiektów potrafi być nieporęczne, a układanie elementów wymagających dokładności bywa trudniejsze, niż powinno. Szczególnie kłopotliwa bywa fizyka przedmiotów, przez którą prosta czynność może nagle zamienić się w mały remontowy armagedon. Myślałam, że wyłączę grę, gdy przyszło mi po raz pierwszy układać płytki. To była prawdziwa droga przez mękę.
Można oczywiście żartować, że w produkcji o fuszerce niedokładne sterowanie jest dodatkową warstwą immersji. Tyle że żart przestaje bawić, gdy naprawdę próbujemy coś zrobić porządnie. Dla mnie symulator ma być ładny, łatwy i przyjemny. Niestety, gdy słabo mi się steruje to gra zamiast rozrywką, jest przykrym obowiązkiem, a frustrująca czynność staje się czymś do odhaczenia.
Polska lat 90. nie potrzebuje wehikułu czasu
Znacznie lepiej wypada charakter całej produkcji.Majster Symulator jest bardzo mocno o sadzony w polskich realiach i nie próbuje tego ukrywać. Bloki, mieszkania, wystrój wnętrz, dialogi, mentalność bohaterów i wszechobecne kombinowanie tworzą atmosferę, którą rodzimy odbiorca rozpozna natychmiast.
Nie jest to subtelna nostalgia. Gra bierze stereotyp polskiego fachowca, podkręca go do granic absurdu, a następnie buduje wokół niego praktycznie całą swoją osobowość. Dostajemy więc swojskie dialogi, absurdalne sytuacje, wulgarny humor i postacie, które wyglądają tak, jakby za chwilę miały zapytać, czy kierownik jest na budowie. Momentami się śmiałam, innym razem klaskałam w dłonie, ekscytując się, że coś wyglądało dawniej dokładnie tak. Ale bywały momenty, kiedy czułam się zażenowana.

Szczególnie ważną rolę odgrywa Zbyszek. To właśnie jego obecność nadaje kolejnym zadaniom komediowego charakteru i sprawia, że gra nie staje się po prostu zestawem mechanicznych czynności remontowych. Humor jest jednak bardzo specyficzny.
Jeżeli ktoś lubi niewyszukane dowcipy, osiedlowe stereotypy i celowo przerysowaną polskość, znajdzie tutaj sporo powodów do uśmiechu. Jeśli jednak taki rodzaj komedii szybko zaczyna męczyć, Majster Symulator raczej nie przekona go nagle do żartów o budowlańcach. To produkcja świadomie kierowana przede wszystkim do odbiorcy, który rozumie kulturowy kontekst całego zamieszania.
Ładnie nie jest, ale przecież miało być tanio
Pod względem oprawy Majster Symulator zdecydowanie nie próbuje rywalizować z największymi produkcjami. Wnętrza spełniają swoje zadanie, meble i materiały budowlane są czytelne, a stylistyka dobrze wspiera klimat polskich mieszkań i blokowisk. Kolorowe maluszki zaparkowane pod klatką to jedna z najsłodszych rzeczy jakie widziałam ostatnio w grach. Gorzej wypadają modele postaci, animacje oraz mimika. Trudno mówić tutaj o technologicznym pokazie możliwości współczesnych komputerów. Bliżej tej produkcji do recenzowanego przeze mnie niedawno Jesus Simulator. Nie jest to gra, w której fotorealistyczna grafika ma szczególne znaczenie. I to jestem w stanie twórcom wybaczyć.

Znacznie bardziej problematyczne okazują się niedociągnięcia techniczne: problemy z fizyką obiektów i sterowaniem oraz sporadyczne błędy. Podczas ogrywania tytułu, kilkukrotnie pojawiały się usterki i musiałam z niego wyjść. Na szczęście często zapisywałam save’y.
Warto wspomnieć również o generatywnej sztucznej inteligencji. Twórcy oficjalnie informują na Steamie, że wykorzystano ją przy części tłumaczeń, muzyki oraz materiałów graficznych. Jednocześnie zaznaczają, że podczas samej rozgrywki gra nie generuje treści przy użyciu AI i nie wykorzystywano jej do tworzenia kodu. Dla części odbiorców nie będzie miało to większego znaczenia. Dla innych może być istotną informacją przy decyzji o zakupie, dlatego trudno ten temat całkowicie pominąć.
Największy problem? Fuszerka mogłaby być większą fuszerką
Paradoksalnie największym niewykorzystanym potencjałem Majster Symulatora jest właśnie jego najlepszy pomysł. Gra reklamuje się fantazją o fachowcu, który ma zarobić jak najwięcej, wydając możliwie najmniej. To kapitalny punkt wyjścia, który mógłby prowadzić do rozbudowanego systemu kombinowania. Liczyłam na przygody rodem z historii Pana Wiesia z Blok ekipy.
Najtańszy materiał czy droższy? Naprawić porządnie czy zamaskować? Kupić nowe czy spróbować wykorzystać coś starego? Zrobić raz, a dobrze, czy tak, żeby klient zadzwonił za miesiąc z kolejnym zleceniem?

Takich decyzji chciałoby się podejmować bez przerwy. Tymczasem sama część remontowa często pozostaje dość standardowym symulatorem wykonywania kolejnych czynności. To nie znaczy, że jest nudno. Malowanie, odnawianie mieszkań i wykonywanie następnych zleceń tworzą znaną, ale skuteczną pętlę: robota, wypłata, rozwój, następna robota. Po prostu Majster Symulator ma pomysł pozwalający mu być czymś znacznie bardziej charakterystycznym niż kolejny przedstawiciel popularnego gatunku i nie zawsze wykorzystuje go do końca.
Jest dobrze? Jest swojsko
Mimo niedociągnięć trudno odmówić tej produkcji własnego charakteru. Na rynku pełnym symulatorów najróżniejszych zawodów coraz trudniej stworzyć grę, którą można rozpoznać po kilku minutach. Majster Symulator nie ma z tym problemu. Polskie blokowisko. Kiepska robota. Jeszcze lepsza wymówka. Majster Zbyszek komentujący nasze poczynania. I klient, który najlepiej, żeby zbyt dokładnie nie oglądał efektu końcowego. Wersalka wyrzucona przez okno? Dzień jak co dzień, do trzech razy sztuka.
Ta mieszanka działa szczególnie dobrze wtedy, gdy sama rozgrywka nie staje graczowi na drodze. Remontowanie potrafi być przyjemne, obserwowanie zmieniających się pomieszczeń daje satysfakcję, a absurdalna otoczka odróżnia grę od znacznie bardziej sterylnych przedstawicieli gatunku.
Zerknij na to : Zombie Graveyard Simulator – recenzja gry (PC). Biznes po trupach. Dosłownie!
Gdy jednak fizyka zaczyna mieć własne zdanie, narzędzia nie współpracują, a przedmiot zamiast spokojnie rotować, postanawia rozpocząć niezależny program kosmiczny, moja cierpliwość zostaje wystawiona na próbę. To właśnie w takich momentach potrafiłam śmiać się niepokojąco do monitora. Kolejną masakrą okazało się układanie płytek na ścianie. Gdy nie szło, bez opamiętania łamałam płytki i wyrzucałam za balkon. Jestem grom w stanie wybaczyć bardzo wiele, ale gdy sterowanie mi nie podejdzie to sesja z zabawy zmienia się w prawdziwą gehennę! Może właśnie dlatego trudno znaleźć lepszą pozycję do zastosowania starej budowlanej zasady: nie patrzeć zbyt dokładnie. Niedawno, 14 października był kolejny update podczas którego poprawiono fizykę, będę musiała wrócić do gry żeby ocenić zmiany. Dobrze, że twórcy działają prężnie nad ulepszaniem swojego produktu.
Remont niedoskonały, ale z charakterem
Majster Symulator nie jest najlepszym symulatorem remontowania mieszkań na rynku i prawdopodobnie nawet nie próbuje nim być. Znacznie ważniejsze jest to, że posiada własną, bardzo nostalgiczną i specyficzną osobowość.
To gra o fuszerce, kombinowaniu i zarabianiu na remontach, podana w bardzo polskim, bardzo przerysowanym i świadomie niewyszukanym sosie.
Największą zaletą pozostaje klimat. Kopytkowo, Zbyszek, dialogi i cała otoczka sprawiają, że wykonywanie kolejnych zleceń ma znacznie więcej charakteru, niż sugerowałaby zwykła lista remontowych czynności. Największą wadą są natomiast niedopracowane mechaniki oraz fizyka, które potrafią przeszkadzać dokładnie tam, gdzie symulator powinien dawać największą satysfakcję, czyli podczas pracy własnymi rękami.
Szkoda również, że idea oszczędzania i świadomego partaczenia nie została rozwinięta znacznie szerzej. Gdyby każde zlecenie dawało więcej możliwości kombinowania, Majster Symulator mógłby być nie tylko zabawnym polskim symulatorem, lecz także naprawdę pomysłową parodią całego gatunku.
Mimo tego trudno całkowicie odmówić mu uroku. Bo przecież czasami nie chodzi o to, żeby było idealnie. Ważne, że płytki są na ścianie. Czy prosto? Panie, kto by na to patrzył.
Sonia Moćko„Majster Symulator to pełna swojskiego humoru i nostalgii produkcja, która wyróżnia się polskim klimatem, barwną postacią majstra Zbyszka oraz satysfakcjonującym remontowaniem mieszkań. Świetny pomysł na kombinowanie i oszczędzanie nie został w pełni wykorzystany, a problemy ze sterowaniem, fizyką obiektów i specyficzny humor potrafią skutecznie zepsuć zabawę.”