Alejandro González Iñárritu od lat należy do tych twórców, którzy nie traktują kina jako bezpiecznej przestrzeni dla widza. Jego filmy potrafią być jednocześnie widowiskowe, intensywne i bezkompromisowo osobiste, a przede wszystkim zmuszają do konfrontacji z tematami, od których łatwiej byłoby odwrócić wzrok. W Digger reżyser ponownie sięga po kino jako narzędzie do stawiania niewygodnych pytań, tym razem coraz śmielej zacierając granicę między tym, co przedstawione, a tym, co rzeczywiste. To film, który nie tyle prowadzi widza za rękę, ile stopniowo odbiera mu poczucie komfortu, każąc zastanowić się, gdzie właściwie kończy się obserwacja, a zaczyna uczestnictwo. Po latach od swoich najbardziej rozpoznawalnych dzieł Iñárritu wciąż pozostaje twórcą zainteresowanym ludzką naturą, jej sprzecznościami i potrzebą nadawania sensu światu, który coraz trudniej zrozumieć. Tytuł wpisuje się w tę twórczą obsesję, ale robi to w sposób wyraźnie świadomy własnej filmowej natury.
Zbawca własnej katastrofy
Digger Rockwell to jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie – wpływowy magnat naftowy, którego ogromny majątek i ambicje pozwalają mu wierzyć, że niemal wszystko znajduje się pod jego kontrolą. Jego dotychczasowy porządek zostaje jednak zachwiany, gdy podejmowane przez niego działania doprowadzają do katastrofy o globalnych konsekwencjach. W obliczu nadciągającego kryzysu Rockwell staje przed zadaniem, które może zadecydować o przyszłości ludzkości. Próbując odwrócić skutki własnych decyzji, musi jednocześnie udowodnić, że wciąż jest człowiekiem zdolnym ocalić świat, a nie jedynie sprawcą nadciągającego nieszczęścia. Wraz z rozwojem wydarzeń na pierwszy plan wysuwają się kwestie władzy, odpowiedzialności i granic ludzkiej pychy. Digger próbuje odnaleźć się w rzeczywistości, w której pieniądze i wpływy niekoniecznie gwarantują rozwiązanie każdego problemu, a walka o przyszłość świata staje się również walką o własny wizerunek. Alejandro González Iñárritu łączy w swoim filmie katastroficzny rozmach z czarnym humorem i satyrą na współczesne elity, tworząc historię, w której osobiste ambicje zderzają się z konsekwencjami decyzji wykraczających daleko poza życie jednostki.

Granica pod powierzchnią

Jednym z największych atutów produkcji jest bez wątpienia ambicja Alejandro Gonzáleza Iñárritu, który po raz kolejny udowadnia, że nie interesuje go tworzenie kina podporządkowanego utartym schematom. Reżyser podejmuje próbę połączenia satyry społecznej z niekonwencjonalną formą narracyjną, starając się przy tym skomentować współczesną rzeczywistość i mechanizmy rządzące światem wielkich pieniędzy. Doceniam sam pomysł, ponieważ daje on twórcom możliwość wyjścia poza ramy typowego widowiska i zaproponowania czegoś bardziej niejednoznacznego. Digger ma własną tożsamość, nie boi się przesady i wyraźnie próbuje wyróżnić się na tle współczesnych produkcji wysokobudżetowych. Niestety, nie wszystkie elementy tej koncepcji zostały zrealizowane na tyle przekonująco, bym mógł uznać film za w pełni udane przedsięwzięcie. Szczególnie interesujący jest dla mnie sposób, w jaki Iñárritu podchodzi do tematyki władzy, pieniędzy i odpowiedzialności za własne działania. Film wykorzystuje historię wpływowego człowieka, aby zwrócić uwagę na hipokryzję elit oraz ich skłonność do przedstawiania własnych interesów jako działań podejmowanych w imię wyższego dobra. Trudno odmówić temu pomysłowi aktualności, a niektóre obserwacje dotyczące współczesnego społeczeństwa potrafią skłonić do refleksji. Mam jednak wrażenie, że reżyser nie zawsze ufa inteligencji odbiorcy. Zamiast pozostawić część wniosków widzowi, momentami zbyt mocno podkreśla własne przesłanie, przez co satyra traci nieco na subtelności. To właśnie tutaj dostrzegam jedną z największych słabości filmu – jego ambicje są wyraźnie większe niż skuteczność niektórych zastosowanych środków. Na uznanie zasługuje Tom Cruise, który podejmuje się roli odmiennej od tych, z którymi najczęściej jest kojarzony. Zamiast kolejnego bohatera o niemal nadludzkich możliwościach otrzymujemy postać znacznie bardziej groteskową i pełną sprzeczności. Podoba mi się gotowość aktora do zabawy własnym wizerunkiem oraz wyjścia poza bezpieczne ramy kina akcji. Nie oznacza to jednak, że sama kreacja zawsze robi równie mocne wrażenie. W niektórych momentach przerysowanie postaci wydaje mi się zbyt ostentacyjne, przez co trudniej dostrzec w niej coś więcej niż element większej satyrycznej układanki. Mimo to uważam, że występ aktora należy zaliczyć do istotnych atutów produkcji, a jego obecność nadaje całości dodatkowego charakteru.
Nieco mniej przekonuje mnie humor, na którym w dużej mierze opiera się ton Diggera. Rozumiem, dlaczego reżyser sięga po absurd, groteskę i przesadę, gdyż są to środki, które dobrze pasują do opowieści o świecie, w którym władza i pieniądze potrafią wypaczać ludzkie zachowania. Problem polega na tym, że nie wszystkie żarty są równie celne. Część z nich trafnie obnaża hipokryzję bohaterów, ale inne sprawiają wrażenie zbyt wymuszonych i niepotrzebnie przedłużanych. Zdarza się, że zamiast śmiać się z przedstawionej sytuacji, zaczynam dostrzegać wysiłek włożony w to, by za wszelką cenę uczynić ją absurdalną. W rezultacie humor nie zawsze wzmacnia przekaz, a czasami wręcz osłabia jego oddziaływanie. Doceniam również formalną stronę filmu i próbę zabawy granicami między fikcją a rzeczywistością. To jeden z tych pomysłów, które mogłyby nadać całej historii wyjątkowej głębi, pozwalając spojrzeć na przedstawione wydarzenia z szerszej perspektywy. Niestety, nie zawsze miałem poczucie, że konstrukcja narracyjna służy opowieści w najlepszy możliwy sposób. Momentami forma staje się zbyt dominująca, a kolejne zabiegi reżyserskie sprawiają wrażenie ważniejszych od emocji, które powinny wynikać z historii. Zamiast pełnego zaangażowania zdarzało mi się odczuwać dystans wobec wydarzeń i bohaterów. Nie mam nic przeciwko eksperymentom formalnym, ale uważam, że powinny one wzbogacać film, a nie nieustannie przypominać widzowi o własnej pomysłowości. Wizualnie produkcja również potrafi zwrócić na siebie uwagę. Zdjęcia Emmanuela Lubezkiego oraz scenografia nadają tytułowi rozmach i wyrazisty charakter, a poszczególne rozwiązania estetyczne współgrają z groteskowym tonem opowieści. Jednocześnie sama strona techniczna nie wystarcza, by zamaskować nierówności scenariusza. Miałem wrażenie, że niektóre wątki mogłyby zostać lepiej rozwinięte, a bohaterowie otrzymać więcej przestrzeni na zaprezentowanie swoich motywacji. W efekcie film bywa bardziej interesujący jako koncepcja i komentarz do rzeczywistości niż jako angażująca historia, której poszczególne elementy naturalnie się ze sobą łączą. Ostatecznie Digger oceniam jako produkcję nierówną, ale zdecydowanie nie pozbawioną wartości. Doceniam ambicję Iñárritu, nieoczywistą formę, tematykę oraz próbę stworzenia satyry wykraczającej poza prostą krytykę wielkiego biznesu. Jednocześnie nie mogę pominąć problemów z humorem, momentami zbyt nachalnym przekazem i narracją, która nie zawsze potrafi utrzymać odpowiednią równowagę między eksperymentem a emocjonalnym zaangażowaniem. Widziałem w tym filmie potencjał na coś znacznie bardziej przekonującego, dlatego tym bardziej odczuwam niedosyt. Nie jest to dla mnie nieudana produkcja, ale również nie taka, która w pełni spełnia pokładane w niej nadzieje.

Gdy widownia tonie
Digger to jeden z tych filmów, przy których trudno pozostać obojętnym na same ambicje twórcy, nawet jeśli końcowy rezultat nie do końca spełnia oczekiwania. Iñárritu proponuje kino, które nie chce być jedynie kolejną pozycją w repertuarze, lecz próbuje sprowokować dyskusję o świecie, w którym granica między odpowiedzialnością a autopromocją coraz częściej ulega zatarciu. Doceniam odwagę stojącą za tym przedsięwzięciem, ale nie zamierzam mylić interesującego zamysłu z jego bezbłędną realizacją. Ostatecznie otrzymałem produkcję pełną kontrastów, momentami błyskotliwą, innym razem zbyt przywiązaną do własnej koncepcji. To film, który ma sporo do powiedzenia, choć nie zawsze potrafi zrobić to w sposób, który rzeczywiście do mnie trafia. Ocenę 6/10 traktuję więc jako wyraz uznania dla jego ambicji, ale również.
Michał Perlik„Digger to jeden z tych filmów, przy których trudno pozostać obojętnym na same ambicje twórcy, nawet jeśli końcowy rezultat nie do końca spełnia oczekiwania. Iñárritu proponuje kino, które nie chce być jedynie kolejną pozycją w repertuarze, lecz próbuje sprowokować dyskusję o świecie, w którym granica między odpowiedzialnością a autopromocją coraz częściej ulega zatarciu.”
