Kameralna, lecz niezwykle wciągająca opowieść detektywistyczna, w której hotelowe sekrety szybko przeradzają się w znacznie większą intrygę. To idealna gra na jesienny wieczór spędzony z uroczą i obdarzoną bardzo dobrą intuicją Sophie. Zapraszam do recenzji!
Hotel, w którym każdy ma coś do ukrycia
This Bed We Made była na mojej liście gier już od dawna. Zaintrygował mnie trailer. To niewielka, skupiona na fabule produkcja, zamykająca gracza w eleganckich, nieco dusznych wnętrzach hotelu Clarington i dająca mu jedno z tych niebezpiecznie kuszących pytań: co tak naprawdę dzieje się za drzwiami pokojów gości?
Akcja rozgrywa się pod koniec lat 50., a główną protagonistką jest Sophie, młoda pokojówka, uwielbiająca gazety plotkarskie, która zdecydowanie zbyt chętnie zagląda tam, gdzie nie powinna. Będąca obiektem drwin ze strony innych pań sprzątających, dziewczyna odpływa często w świat swojej wyobraźni. Sprzątanie szybko schodzi więc na dalszy plan. Po hucznej zabawie walentynkowej nasza bohaterka postanawia odkryć, co było przyczyną spięcia pomiędzy gośćmi i kim był prowokator całego zajścia. Już w pierwszym pokoju dokonuje niepokojącego odkrycia. Znalezione listy, fotografie, rachunki czy przedmioty osobiste zaczynają tworzyć sieć powiązań, a pozornie niewinne sekrety prowadzą do coraz poważniejszych wniosków.

Gra bardzo sprawnie wykorzystuje zwykłą ludzką ciekawość. Widzimy zamkniętą szufladę albo dokument pozostawiony na biurku i odruchowo chcemy wiedzieć, co znajduje się w środku. Znalezione wcześniej dokumenty i zapiski momentami będą kluczem do rozwiązania zagadek. Przyznam się bez bicia, że przy rozszyfrowywaniu kodowanego pisma musiałam posłużyć się solucjami. Pewnie gdybym trochę dłużej pokrążyła po pokojach i przyjrzała się dokładniej zebranym poszlakom, to w końcu wpadłabym na rozwiązanie. Nie chciałam jednak tracić czasu na żmudne poszukiwania, bo nie mogłam się doczekać kontynuacji fabuły.
Największą siłą tej historii jest to, że długo nie zdradza, dokąd właściwie zmierza. Sama spodziewałam się zupełnie innego przebiegu narracji. Początkowo można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w stosunkowo kameralnym hotelowym śledztwie. Z czasem kolejne elementy układanki zaczynają jednak zmieniać znaczenie wcześniejszych odkryć. Finałowy kierunek intrygi potrafi naprawdę zaskoczyć i, co ważniejsze, nie sprawia wrażenia zwrotu akcji dodanego wyłącznie po to, by zaszokować odbiorcę. Po dotarciu do rozwiązania wiele wcześniejszych szczegółów nabiera nowego sensu. Byłam pod wrażeniem detektywistycznych umiejętności naszej heroiny.
Sophie, której trudno nie polubić
W narracyjnej opowieści przygodowej można usprawiedliwić skromniejszą oprawę czy prostą mechanikę, ale znacznie trudniej wybaczyć szarego protagonistę. Na szczęście Sophie jest dokładnym przeciwieństwem nijakości. Jest ciekawska, odrobinę bezczelna, czasem nieporadna, a przy tym zwyczajnie przeurocza. Jej osobowość sprawia, że nawet najbardziej przyziemne czynności zyskują charakter. Do tego moda i styl lat 50. nadają grze klimatu retro noir. Od niektórych kadrów ciężko oderwać wzrok. Jeżeli tak jak ja kochacie dreszczowce Alfreda Hitchcock’a, to będziecie oczarowani całą otoczką.

Szczególnie dobrze działa to, że Sophie nie jest klasyczną, nieomylną śledczą. Jej przewaga nie wynika z nadludzkiego intelektu, lecz z dostępu do cudzej prywatności oraz własnej determinacji. To bohaterka, która popełnia błędy, przekracza granice i może podejmować decyzje mające konkretne konsekwencje. Dzięki temu śledztwo nie jest tylko mechanicznym łączeniem wskazówek, ale również historią o odpowiedzialności za to, co robimy z wiedzą o innych.

Relacje z pozostałymi pracownikami hotelu dodatkowo ocieplają całość. Dialogi potrafią być lekkie i zabawne, ale gra nie boi się też trudniejszych tematów. Szczególnie dobrze wypada kontrast między sympatyczną, momentami wręcz uroczą energią Sophie a coraz bardziej niepokojącymi rzeczami, na które trafia podczas swojej pracy. Każda decyzja będzie miała znaczący wpływ na nasze więzi z dwójką współpracowników. Przy odpowiednim doborze dialogów możemy wejść w relację romantyczną z jednym z nich. Zdradzę wam pewną ciekawostkę: odniesienia do wątku romantycznego pojawią się w dodatku!

Grzebanie w cudzych rzeczach jeszcze nigdy nie było tak przyjemne
Rdzeń rozgrywki jest prosty: eksplorujemy pokoje i hotelowe korytarze, przeglądamy przedmioty, czytamy dokumenty, rozwiązujemy nieskomplikowane zagadki i rozmawiamy z postaciami. Nie ma tu zręcznościowych wyzwań ani rozbudowanego systemu rozwoju. Cała przyjemność wynika z obserwowania otoczenia i samodzielnego kojarzenia faktów.

To podejście świetnie współgra z tematyką gry. This Bed We Made potrafi opowiedzieć zaskakująco dużo za pomocą przedmiotów. Układ rzeczy w pokoju, zawartość walizki czy pozornie nieistotny skrawek pomiętego papieru niedbale rzucony obok kosza mogą powiedzieć o właścicielu więcej niż długa scena dialogowa. Rozgrywka nagradza dokładność, ale na szczęście nie zamienia eksploracji w mozolne przeczesywanie każdego centymetra pomieszczenia.
Zagadki nie należą do szczególnie trudnych (no może z wyjątkiem łamania szyfru wiadomości). Dla jednych będzie to zaleta, bo tempo opowieści praktycznie się nie zatrzymuje. Dla innych może to być niewykorzystana szansa na stworzenie bardziej wymagającego śledztwa. W praktyce This Bed We Made jest znacznie bliżej do interaktywnego kryminału niż do klasycznej przygodówki, w której nad jednym problemem siedzi się pół godziny.

Ważniejsze okazują się wybory. To, co protagonistka zrobi, czego dotknie, co ujawni i komu zaufa, może wpływać na dalszy przebieg wydarzeń. Nie wszystkie konsekwencje są od razu oczywiste, dzięki czemu podejmowanie decyzji ma odpowiedni ciężar. Jednocześnie gra zachęca do ponownego przejścia, zwłaszcza jeśli po napisach końcowych zaczniemy zastanawiać się, jak inaczej mogły potoczyć się losy poszczególnych bohaterów.
Cztery godziny? Nawet nie wiadomo, kiedy mijają
This Bed We Made nie jest długa i właśnie w tym tkwi część jej uroku. Sprzątanie pokoju klientów przypomina gry typu symulator, jest to kilka prostych czynności powtarzanych w każdym z pokoi (ubolewałam, że jest ich dość niewiele w rozgrywce). Warto porządkować przestrzeń gości bardzo sumiennie, by pod koniec tytułu dostać tłuściutki achievement za dokładność. W moim przypadku przygoda zamknęła się w około czterech godzinach, ale były to cztery godziny praktycznie pozbawione przestojów. Fabuła rozwija się w takim tempie, że bardzo łatwo wpaść w pułapkę: „jeszcze tylko sprawdzę ten jeden pokój”. Po chwili okazuje się, że minęła kolejna godzina, a odłożenie kontrolera przed rozwiązaniem sprawy staje się coraz mniej realne. I tak całość przeszłam za jednym posiedzeniem, bo nie mogłam się od niej oderwać.

Krótki czas gry pozwala też uniknąć rozwlekania intrygi. Nie ma tu pobocznych aktywności dodanych tylko po to, by sztucznie podbić licznik. Każda rozmowa, notatka czy odwiedzone pomieszczenie służy budowaniu atmosfery tajemnicy i wewnętrznego niepokoju. Oczywiście osoby oczekujące długiej produkcji mogą uznać długość za wadę, ale w przypadku tak skoncentrowanej historii wolę cztery intensywne godziny niż kilkanaście godzin wypełnionych powtórzeniami czy bezsensownym backtrackingiem.
Na PS5 gra prezentuje się przyjemnie, choć od razu widać jej niezależny rodowód. Modele postaci i animacje bywają proste, a niektórym wnętrzom brakuje większej liczby detali. Należy pamiętać, że nie jest to produkcja, którą uruchamia się po to, by podziwiać możliwości nowej generacji. Znacznie ważniejsza jest tutaj oprawa artystyczna: ciepłe oświetlenie, eleganckie hotelowe wnętrza, stroje i rekwizyty budują bardzo charakterystyczny klimat końcówki lat 50. W połączeniu ze spokojnym tempem eksploracji daje to efekt idealny na chłodny jesienny wieczór. Dawno nie zrobiłam tylu skrinów. Gra cieszy oko i zadowoli miłośników interaktywnych horrorów.
Kameralna historia, która zostaje w głowie
Najlepsze kryminały nie potrzebują wielkich eksplozji ani dziesiątek podejrzanych. Potrzebują tajemnicy, która skutecznie podsyca ciekawość, oraz bohaterów, których los zaczyna nas obchodzić. This Bed We Made spełnia oba warunki. Intryga okazuje się znacznie mniej oczywista, niż sugerują jej pierwsze minuty, a Sophie jest jedną z tych protagonistek, z którymi bardzo szybko można złapać kontakt, bo wzbudza w odbiorcy nić sympatii.

Nie wszystko jest tu równie dopracowane. Zagadki mogłyby częściej wymagać prawdziwego dedukowania, animacje bywają sztywne, a niewielka skala produkcji jest widoczna właściwie na każdym kroku. Żaden z tych elementów nie psuje jednak tego, co najważniejsze: opowieści. Gdy gra naprawdę się rozpędza, chce się tylko odkrywać kolejne sekrety i kończyć kolejne pokoje.
I właśnie dlatego This Bed We Made tak dobrze sprawdza się jako tytuł na jeden lub dwa jesienne wieczory. Jest krótka, zwarta, klimatyczna i ma tę rzadką cechę, dzięki której po zakończeniu chce się natychmiast porozmawiać z kimś o fabule (oczywiście bez zdradzania najważniejszych szczegółów). Cztery godziny mijają niemal niezauważalnie, a największą niespodzianką pozostaje to, jak daleko od początkowych podejrzeń potrafi zaprowadzić cała intryga i jaką tajemnicę nosi w sobie nasza bohaterka.
Sonia Moćko„This Bed We Made to kameralna, czterogodzinna przygodówka detektywistyczna osadzona w klimatycznym hotelu końcówki lat 50., która dzięki świetnie poprowadzonej intrydze, bardzo sympatycznej protagonistce Sophie, wyrazistemu retro-noir klimatowi i przyjemnej eksploracji cudzych sekretów zamienia prostą historię o pokojówce w zaskakująco wciągający kryminał idealny na jeden jesienny wieczór, mimo że nieco traci przez skromną oprawę, proste zagadki i niewielką długość, dlatego finalnie oceniam ją na 8/10”
.