Po pięciu tomach człowiek wchodzi w nową część trochę jak do starej karczmy – wie, czego się spodziewać, wie, że będą tańce na stole. Tylko czemu ten stół się pali, a widownia to piekielne pomioty!?
W DnD nigdy nie może być tak, że się coś wie. Bo jeśli bohaterowie idą na targ, to targ kończy się diabelską inwazją. Jeśli trafiają na zagadkową skrzynkę – to oczywiście jest powiązana z Krwawą Wojną. Czy tom piąty trzyma poziom swoich poprzedników? Zapraszam do lektury.
Podgrzewamy atmosferę
Ten tom podkręca skalę bardziej niż poprzednie. Tym razem nie ma już „lokalnych problemów”. Tutaj mierzymy się z piekłem, dosłownie. Avernus nie jest tu tylko tłem, ale miejscem, które faktycznie czuć: jest ciężko, niebezpiecznie, ciepło i wali siarką, dlatego nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby tutaj spędzać więcej czasu, niż musi, no chyba że nazywasz się Minsc. Improwizacja to słowo, które opisuje większość poczynań bohaterów, ale do tego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Ratują się, jak mogą i momentami sprawiają wrażenie, że sami nie wiedzą dlaczego jeszcze żyją.
I jakby mogło go zabraknąć – gdzieś w tym wszystkim nadal pojawia się nasz kosmiczny chomik Boo, który jako jedyny ogarnia, co się dzieje. Dlaczego on nie dostał jeszcze swojego zeszytu, to nie potrafię zrozumieć!

Jedyne znane w całej tej niewiadomej
Największą siłą tej części jest jednak to, że bohaterowie wciąż są tymi samymi postaciami, które poznaliśmy na początku, dzięki czemu widać, jak bardzo się zmienili. Minsc nadal rozwiązuje wszystko siłą i entuzjazmem, tutaj chyba nie ma co liczyć na taktykę i strategię. Delina wciąż walczy z własną magią i to z coraz większą skutecznością, Shandie dalej musi być głosem rozsądku w grupie (tylko kto by słuchał niziołka), a Nerys wygląda, jakby zasługiwała na urlop od życia już trzy tomy temu. Ale to Krydle wybija się najbardziej – jego wątek to najmocniejszy element całej historii. Bez wchodzenia w spoilery: decyzje, które podejmuje, i cena, jaką za nie płaci, pokazują, jak daleko zaszedł od początku serii. To już nie jest tylko sprytny złodziejaszek z talentem do gadania – to ktoś, kto naprawdę bierze odpowiedzialność. I właśnie takie momenty sprawiają, że warto było czytać to od pierwszego tomu.
Mimo większej skali i poważniejszych tematów seria nie traci swojego charakterystycznego humoru. Wręcz przeciwnie, bo przecież im większe kłopoty, tym humor wybrzmiewa jeszcze głośniej. Kontrast między piekielną scenerią a absurdalnymi pomysłami bohaterów działa lepiej niż wcześniej. Pomysł Minsca na taktyczne rozwiązanie problemu i „dywersję” jest dokładnie tym rodzajem humoru i absurdu, do którego ta seria nas przyzwyczaiła. I co najlepsze – to nadal bawi.

Nie ma co mówić, trzeba podziwiać
Od strony wizualnej wszystko stoi na bardzo wysokim poziomie. Max Dunbar od początku serii pokazuje kunszt, ale po kilku tomach rysuje tych bohaterów tak, jakby znał ich osobiście. Ich mimika, gesty i dynamika scen robią świetną robotę. Avernus wygląda odpowiednio piekielnie: jest ciężko, duszno i nieprzyjemnie, a jednocześnie na tyle efektownie, że chce się na to patrzeć. Do tego kontrast z Baldur’s Gate wypada bardzo dobrze i nadaje całości dodatkowej głębi.
Jasne, widać momentami, że historia zahacza o większe lore D&D i kampanię Descent Into Avernus. Ale po pięciu tomach z tą drużyną to już nie przeszkadza — w sumie to jest tylko lepiej, bo przecież jak do piekła, to tylko z nimi.
Sprawdź też: Diabelskie Rządy – recenzja komiksu – Kiedy bohaterowie stają się przestępcami

Trzeba, to trzeba — nie ma co się zastanawiać
Jeśli ktoś dotarł do tego momentu serii, to właściwie nie ma się nad czym zastanawiać. Piekielne przypływy to naturalna kontynuacja wszystkiego, co ta historia budowała – i to większa, lepsza i mocniejsza (większa skala, mocniejsze decyzje). A pomimo tego to nadal ten sam, świetnie działający balans między akcją a humorem. A jeśli ktoś jeszcze nie zaczął, to naprawdę lepiej sięgnąć po pierwsze tomy, bo ta historia smakuje najlepiej jako całość.
Sprawdź też: Nextwave. Drużyna HEJT-u — recenzja komiksu — Na fali absurdu

