W momencie, kiedy zaczynam pisać poniższy tekst, wybija już piąta rocznica premiery Cyberpunk 2077. Jak było na początku chyba nikomu nie trzeba wspominać. Mimo średnio udanego startu, z grą pełną błędów i zawiedzionym zaufaniem graczy CD Projekt nie poddawał się, nadal pompując wiele zasobów w to uniwersum. Dzięki temu otrzymaliśmy wybitne rozszerzenie, a futurystyczny świat zaczął zajmować kolejne gałęzie kultury. Co więcej, w wielu projektach mimo światowego zasięgu i międzynarodowego zespołu można zaobserwować znaczny wkład Polaków. Nie inaczej jest w przypadku Cyberpunk 2077: Kickdown, o którym postaram się nieco opowiedzieć.
Nie ma to jak polski scenariusz
Co prawda tym razem za scenariusz nie odpowiada nagradzany Bartosz Sztybor, jednak jego miejsce zajął Tomasz Marchewka. Jest to o tyle ciekawa postać, gdyż pracował on nie tylko jako scenarzysta w CD Projekt RED nad trzecią częścią Wiedźmina i Cyberpunkiem oraz dodatkami do nich (w przypadku Dzikiego Gonu – nad Krwią i Winem). W międzyczasie wydał także dwie powieści. Jego pomysł na historię został wzbogacony ilustracjami autorstwa Jake’a Elphicka (Backtrack, Twisted Dark) oraz Tommaso Bennato (Wiedźmin: Kraniec Świata), pracującego dla Scuderia Ferrari. O kolory wzbogacił je natomiast Jason Wordie (Planeta Małp, God Country). W Polsce cztery zeszyty wchodzące w skład serii zostały wydane pod koniec 2025 roku w albumie zbiorczym przez wydawnictwo Egmont.

Szybcy i Wściekli: Night City Drift
Nietrudno domyślić się, że i tym razem mamy do czynienia z wydarzeniami dziejącymi się w Night City. Wszyscy znamy tę futurystyczną, lekko mroczną metropolię wypełnioną aż po opłotki gangami, nieetycznymi korporacjami i zaawansowanymi technologiami. Tym razem naszą uwagę przyciąga Mint – córka legendarnego złodzieja samochodów, którego znał niemalże każdy należący do półświatka Miasta, które nie śpi. Nieustannie lawiruje ona między NCPD i gangami, aby odnaleźć technologicznego geniusza – tytułowego Kickdowna. Jej reputacja leży w ruinie, a imię zostało zszargane pogłoskami o tym, że zdradziła swoją ekipę. O tym, jaka była prawdziwa wersja wydarzeń, wie tylko ona i kilka tajemniczych postaci.
Uliczna historia pełna spalin
Już na samym początku w oczy rzuca się umieszczone na okładce auto skrywające się w kręgach dymu oraz dwie postacie, których grymas świadczy o tym, że już niejedno w tym mieście widziały. Natomiast driftujący pojazd jest tylko zajawką wyścigów obecnych zarówno w grze, jak i poniższym komiksie. Tajemnicą nie jest fakt, że pokrywa się to z wydarzeniami przedstawionymi na łamach komiksu. Mint nie może liczyć na ciepłe przyjęcie w półświatku, więc gra na dwa (lub więcej) frontów, aby doprowadzić do końca swój plan na oczyszczenie imienia. Na swojej drodze spotyka różne postacie, niestety znacząca ich część jest przedstawiona bardzo pobieżnie, jakby służyła tylko popchnięciu fabuły do przodu. Sama historia nie należy też do tych ambitniejszych (jeśli zestawimy ją na przykład z Blackoutem Sztybora), a nader chaotyczne przeskoki czasowe utrudniają składne ułożenie wątku w głowie. Z drugiej strony jednak otrzymaliśmy kolejną aranżację tego, co w Cyberpunku wychodzi najlepiej – opowieści o przeciętnych osobnikach, żerujących na niższych szczeblach hierarchii Night City. Ponownie jednak okazuje się, że właśnie taki rodzaj mniej wymagającej historii pozwala skupić się na wewnętrznych rozterkach głównych postaci okraszonych porządną warstwą graficzną.

Cyberpunk wylewa się z ilustracji
Opowiadając o komiksie, trudno byłoby nie wspomnieć o aspekcie estetycznym, który w tym medium jest równie ważny co sama historia. Co ciekawe, mimo że w skład albumu wchodzą tylko cztery zeszyty, to za ilustracje odpowiada dwóch ilustratorów, o których wspominałem już wcześniej. Trzeba jednak przyznać, że zdecydowanie potrafili wczuć się w futurystyczny, acz mroczny klimat uniwersum i trafnie przelać go na papier. Nie zawiódł także Wordie, który bardzo dobrze dobrał paletę barw spójną z wizją świata. Postawił bowiem na ciemniejsze, pastelowe barwy. Takie rozwiązanie sprawiło, że retrospekcje z udziałem ojca Mint (i jej próby bicia rekordu driftu) oraz charakterystyczne wszczepy członków Maelstromu wybijają się z otoczenia. Oczywiście nie zabrakło także wszechobecnego w Night City brudu i krwi, choć tej drugiej jest zdecydowanie mniej niż w tomach, z którymi miałem już do czynienia. Pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, że twórcy komiksu ściśle współpracowali z polskim gigantem gamingowym nie tylko w temacie zgodności z lore, ale również w przenoszeniu znajomych aut z gry na karty komiksu, o czym świadczą podziękowania na stronie redakcyjnej.
Sprawdź też: Cyberpunk 2077. Blackout – recenzja komiksu – Przerwać cykl, znaleźć przyczynę, za nią przyjdzie skutek

Jak ja lubię te klimaty
Kickdown to komiks, który nie próbuje na nowo definiować Night City. Zamiast tego sprawnie wykorzystuje jego najbardziej charakterystyczne elementy. Uliczne wyścigi, zszargana reputacja i bohaterka z problemami większymi niż ona sama składają się na dziwnie znajomą historię. Choć fabularnie album wypada skromniej niż najlepsze komiksowe odsłony uniwersum, nadrabia klimatem i warstwą wizualną. To kolejny przykład wciągającej opowieści z niższych szczebli hierarchii Night City: mniej ambitnej, lecz skutecznie oddającej brud, tempo i bezwzględność cyberpunkowej codzienności. Kickdown nie jest tytułem obowiązkowym, ale dla fanów stanowi solidne, estetyczne uzupełnienie kolekcji.
Sprawdź też: Cyberpunk 2077: XOXO – recenzja komiksu – Brutalność w Night City w pełnej krasie

