REKLAMA

Session: Skate Sim, czyli jak pokochać upadki [FELIETON]

Kuba Hertel

Opublikowano: 26 lutego 2026

felieton o session a skate sim
Spis treści

Do artykułu o Session: Skate Sim przymierzam się już nie pamiętam ile, ale w końcu nadszedł ten cza, aby go popełnić. Ostatnio EA wydało swoje Skate, także chyba nie ma lepszego momentu, aby pogadać o, moim zdaniem, królu gier skateboardingowych. 

Jeśli śledzicie mnie na insta, to pewnie wiecie, że uwielbiam Sessions: Skate Sim. Co jakiś czas wrzucam z produkcji Crea-ture studios różne klipy, których montaż zresztą 

sprawia mi mnóstwo frajdy. To dla mnie taki bezpieczny tytuł, który najzwyczajniej w świecie mnie relaksuje, choć po milionie wywrotek, do których dalej doprowadzam – chyba powinno być inaczej. Jednak nie każda gra musi nagradzać za perfekcję. Session: Skate Sim nauczyło mnie kochać błędy, potknięcia i każdą nieudaną próbę – bo właśnie w nich kryje się prawdziwy skateboarding

REKLAMA

Niestety, jeśli chodzi o rynek gier na podstawie tej konkretnej dyscypliny, to ostatnio nie jest kolorowo. Tony Hawk’s Pro Skater 3+4 mocno mnie zawiodło, nowe Skate za to jest mocno kontrowersyjne. Od Skater XL dość szybko się odbiłem, a z tego wszystkiego najbardziej spodobało mi się nietypowe i super wciągające OliiOlii World. Wprawdzie czasem wrócę do starych Toniaczy, czy Skejtów, ale ileż można! Dlatego to właśnie przy Sessions: Skate Sim spędzam teraz najwięcej czasu, a poniżej Ci postaram się wytłumaczyć, co mnie tak w tym tytule urzekło.

Dodatkowo, polecam odpalić poniższą playlistę, aby bardziej wczuć się w tekst – miłego!

 

Sessions: Skate Sim, czyli deskorolkowy Dark Souls

Ostatnio w sieci toczy się sporo dyskusji na temat poziomów trudności. Osobiście wychodzę z założenia, że najważniejszy w tym wszystkim jest wybór, choć są produkcje, które z założenia powinny być trudne. Jedną z nich jest właśnie Sessions: Skate Sim. Bowiem czym jest skateboarding bez potknięć, błędów i nieudanych prób? No właśnie. Gra wita graczy kopniakiem w twarz. A raczej upadkiem na beton. Brutalnym, szczerym, pozbawionym taryfy ulgowej. Właśnie dlatego zakochałem się w niej po uszy.

Bo Session nie dba o to, żebym wyglądał jak model. Nie nagradza za perfekcyjnie wycelowane combo, nie mruga do mnie krzykliwymi tekstami typu „PERFECT!”, nie wciska medali za to, że się nie przewróciłem. Wręcz przeciwnie – ta gra śmieje mi się w twarz, gdy po raz setny nie trafię w krawężnik albo źle ustawię stopy przed grindem. Ale gdy wreszcie się uda – gdy trick wyjdzie, gdy na powtórce zobaczę ten idealny moment zawieszenia w powietrzu – to jest uczucie, którego nie da się podrobić.

Nie jestem w stanie policzyć, ile godzin spędziłem, ucząc się najprostszych manewrów, czy prób egzekucji wymarzonej przeze mnie w danej chwili linii. Ale właśnie to w Session kocham najbardziej – że niczego nie podaje na tacy. To jest właśnie gra o byciu deskorolkarzem. O procesie. O setkach prób, błędów, frustracji i chwilach euforii, które sprawiają, że zapomina się o wszystkim innym.

Czym właściwie jest Session: Skate Sim?

screenshot z gry session a skate sim
Śmiganie po mieście w Session to jednocześnie przyjemność i udręka

Session: Skate Sim nie jest grą, którą można „ograć”. Nie ma w niej końca, fabuły ani klasycznego systemu nagród. Nie prowadzi za rękę, nie podsuwa celów i nie mówi, co masz robić dalej. To sandbox w najczystszej formie – nie jako modny slogan, ale jako filozofia. W Session wszystko zależy od Ciebie. Od tego, jak jeździsz, co chcesz osiągnąć i jak bardzo jesteś gotów się przewracać.

Za tą wizją stoją ludzie z Crea-ture Studios – niewielkiego zespołu z Kanady, który od samego początku miał jeden cel: stworzyć najprawdziwszy symulator deskorolki w historii. Nie kolejną zręcznościówkę, nie następcę Tony Hawka, tylko coś, co odda ciężar, balans i emocje stojące za każdym ollie, flipem i grindem.

Sprawdź też: Recenzja gry Tony Hawk’s Pro Skater 3 i 4 – Nie tak ekscytujące cztery kółka 

To dlatego sterowanie w Session jest tak nieintuicyjne, że pierwsze godziny czują się jak walka z własnym ciałem. Każdy analog odpowiada za jedną nogę – i nagle okazuje się, że coś tak prostego jak kickflip staje się małą fizyczną epopeją. Ale gdy zrozumiesz, że nie chodzi tu o łatwość, tylko o feeling, wszystko zaczyna klikać.

Jest tylko Ty, deska i przestrzeń, którą możesz oswoić. To gra, która wymaga skupienia i precyzji, ale też luzu i cierpliwości. Bo w Session nie chodzi o to, by być najlepszym – chodzi o to, by poczuć. Każdy upadek ma sens. Każdy trick to osobna historia. Każdy replay – jak mały film dokumentalny o Twojej determinacji. I właśnie w tym tkwi magia Session

Trudna miłość – czyli nauka jazdy przez upadki

Nie ma wątpliwości – Session: Skate Sim to zdecydowanie kawał wymagającej gry, zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że jedna z najbardziej dających się we znaki. Nie dlatego, że jest trudna technicznie, tylko dlatego, że nie zamierza się do Ciebie dostosować. Nie próbuje być przyjazna, nie udaje, że wszyscy są równi. Dla wielu jest udręką i nie dziwię się, że sporo osób odpuszcza sobie ten tytuł.

Pierwsze godziny z Session to szkoła pokory. Gdy odpalisz grę po raz pierwszy, czujesz się jak dziecko, które dopiero co dostało deskorolkę pod choinkę i myśli, że z miejsca zrobi kickflipa. W praktyce lądujesz twarzą w beton po trzech sekundach. I tak w kółko. Ale z czasem uczysz się, że ten upadek nie jest porażką. Jest częścią procesu. To jest właśnie największy paradoks Session – im częściej się przewracasz, tym bardziej ją rozumiesz. Bo ta gra nie nagradza perfekcji, tylko determinację. Nie chodzi o to, żeby każdy trick wyszedł za pierwszym razem, ale żebyś sam wiedział, dlaczego nie wyszedł.

screenshot z session a skate sim
Ta satysfakcja, kiedy po setkach złamanych desek, w końcu uda Ci się zrobić linię, jest nie do opisania

W przeciwieństwie do Tony Hawk’s Pro Skater, gdzie skaczesz po dachach i robisz 900 jakby grawitacja była żartem, Session przypomina Ci, że beton jest twardy, a równowaga to coś, co zdobywa się z czasem. Tutaj każde kółko, każda nierówność ma znaczenie. Nie jesteś superbohaterem. Jesteś zwykłym typem na deskorolce, który próbuje zrobić coś pięknego w świecie, który się tym wcale nie interesuje.

Właśnie w tym jest coś prawdziwego. Coś ludzkiego. W Session nie czujesz się jak gracz – czujesz się jak ktoś, kto naprawdę walczy z deską, z grawitacją i z samym sobą. Po kilkudziesięciu godzinach zaczynasz dostrzegać rytm – swoje mikrogesty, balans ciała, moment, w którym analog z lewej ręki „klika” w idealnym momencie z tym z prawej. To dziwnie medytacyjne doświadczenie. Jakbyś uczył się tańczyć z własną frustracją.

Kiedy po dziesiątym, pięćdziesiątym, setnym upadku wreszcie trick wyjdzie – nie potrzebujesz punktów ani komentarza z offu. Wystarczy ten krótki, cichy moment, gdy deska trafia w powietrzu dokładnie tam, gdzie chciałeś. Ten ułamek sekundy, w którym jesteś jednością z ruchem.

Ewolucja – jak Session dojrzewało przez lata

Gdy Session pojawiło się po raz pierwszy w Early Accessie w 2019 roku, było bardziej obietnicą niż grą. Surowe, nieprzystępne, momentami frustrujące — ale w tym chaosie czuło się serce. Wtedy jeszcze nie istniały w pełni dopracowane mapy, fizyka bywała kapryśna, replay system praktycznie nie działał, a kamera potrafiła zrujnować idealnie wykonany trick. Ale mimo tego wszystkiego, coś w tym projekcie przyciągało.

Może dlatego, że Crea-ture Studios nigdy nie udawało, że robi „produkt”. Od samego początku traktowali Session jak manifest – przeciwieństwo wszystkiego, co wygładzone i skomercjalizowane. To była gra tworzona z pasji, a nie z kalkulacji. Gra, która miała rosnąć razem z graczami, a nie obok nich.

Rzeczywiście tak było. Z każdą aktualizacją stawała się dojrzalsza. Najpierw pojawiły się bardziej rozbudowane mapy inspirowane Nowym Jorkiem, potem Filadelfia, San Francisco, Detroit. Każde miasto miało swój klimat – swoje krawężniki, swoje światło, swoje śmieci na chodnikach. Nic nie było tam przypadkowe.

screenshot z session a skate sim
Gra na przestrzeni lat mocno się zmieniła

Później przyszły poprawki fizyki – deska zaczęła mieć „wagę”, ciało zawodnika wreszcie zaczęło reagować naturalnie. Dodano możliwość modyfikacji tricków, powtórki, własne linie, balans kamery i całe systemy, o których na początku można było tylko marzyć. Wreszcie przestało to wyglądać jak eksperyment, a zaczęło przypominać doświadczenie.

Ale największa zmiana nie przyszła z kodu. Przyszła z ludzi. Społeczność Session – od YouTuberów po modderów – była i wciąż jest żywym silnikiem tej gry. To oni tworzą spoty, nagrywają własne wideoedity, dzielą się replayami, tworzą mody i tekstury, które ożywiają ten świat bardziej niż jakikolwiek patch. Kiedyś chciałem mieć więcej misji, wyzwań, rankingów. Dziś wiem, że Session ich nie potrzebuje – bo największym kontentem są ci, którzy w nią grają.

Wersja 1.0, która pojawiła się w 2022 roku, była jak przełomowy moment – Session wreszcie stało się tym, czym zawsze miało być: żywym, realistycznym symulatorem pasji. Wciąż nieidealnym, wciąż topornym, ale też cholernie prawdziwym.

Dziś, po latach, widzę, jak bardzo ta gra dorosła. Oraz jak bardzo dorosłem z nią ja. Każda nowa aktualizacja to nie tylko poprawka techniczna – to znak, że ktoś wciąż wierzy w ideę, którą większość twórców dawno by porzuciła.

Bo Session nigdy nie miało być mainstreamem. Miało być deskorolką dla tych, którzy wciąż pamiętają, jak to jest uczyć się równowagi.

Dlaczego Session wygrywa z resztą stawki

screenshot z session a skate sim
Ze wszystkich symulatorów, to właśnie Session najbardziej mi podeszło

Na rynku gier o deskorolce konkurencja była zawsze ostra, choć paradoksalnie niewielka. Każdy tytuł próbował uchwycić to samo zjawisko — wolność, styl, bunt, frajdę z jazdy — ale robił to po swojemu. Tony Hawk’s Pro Skater dawał czystą radość z niemożliwych tricków, EA Skate wniósł realizm i kontrolę, a Skater XL chciał być duchowym następcą tamtego klimatu. Tyle że żaden z nich nie poszedł tak daleko jak Session.

Tony Hawk był jak rockowy koncert – głośny, przerysowany, wypełniony adrenaliną i czystą zabawą. Zresztą nie sposób nie kochać tych gier – to one wychowały całe pokolenie graczy, które nauczyło się, że ollie i kickflip to coś więcej niż zestaw animacji. Ale Tony Hawk był jak skateboarding z plakatu – kolorowy, efektowny, podkręcony. Session z kolei to skateboarding z podwórka. Ten prawdziwy, z zimnym asfaltem pod kolanami i świadomością, że nikt nie będzie klaskał, jeśli spadniesz z deski.

EA Skate z kolei próbowało połączyć dwa światy – arcade i realizm. Przez moment mu się to udawało. Trzy części serii do dziś mają status kultu, ale patrząc z perspektywy czasu, czuję, że to była gra o stylu jazdy, a nie o samej jeździe. Tam wciąż chodziło o flow, o misje, o miasto pełne NPC-ów i wyzwań. W Session tego nie ma. Tutaj nie jesteś gwiazdą skate magazynu. Jesteś po prostu typem, który o drugiej w nocy próbuje zrobić manuala na pustym parkingu, bo nie daje mu to spokoju.

A Skater XL? W teorii miał być rywalem. W praktyce – jest jak cień własnych ambicji. Na papierze wygląda podobnie, sterowanie też bazuje na symulacji nóg, ale brakuje mu duszy. Brakuje tego ciężaru, oporu, charakteru. Session czuć w palcach – w drganiu analoga, w minimalnym błędzie balansu, w tej chropowatości, która sprawia, że każdy ruch jest ważny. Skater XL jest jak demo – przyjemne, ale puste. Session – jak pamiętnik pisany betonem.

Nie chodzi o to, że inne gry są złe. Po prostu mają inne cele. Tony Hawk to wspomnienie dzieciństwa. EA Skate to próba złapania realizmu w ramy gier sportowych. Ale Session idzie dalej – pokazuje skateboarding jako filozofię. Nie rozrywkę, nie wyczyn, ale proces, naukę, rytuał.

Sesja w duszy – dlaczego Session zostanie ze mną na zawsze

Zdarzają się takie gry, które przestają być tylko rozrywką. Nie dlatego, że mają najlepszą grafikę czy fabułę, ale dlatego, że coś w nich rezonuje głębiej. Session: Skate Sim jest właśnie taką grą. Dla mnie to nie tytuł, który po prostu „ograłem”. To doświadczenie, które zostało we mnie na długo po tym, jak wyłączyłem konsolę.

Bo Session uczy cierpliwości, skupienia, tego, że każdy upadek ma sens. Nie da się tu pójść na skróty, nie da się oszukać fizyki, ani grawitacji. Każdy sukces jest Twój – dosłownie. Każdy trick, który wyjdzie po pięćdziesięciu próbach, daje więcej satysfakcji niż jakikolwiek złoty puchar z innej gry.

session a skate sim screenshot z gry
Do gry wracam regularnie i nie sądzę, żeby to miało się prędko zmienić

Złapałem się na tym, że przestałem myśleć o Session jak o produkcie. Zamiast tego, traktuję ją jak miejsce. Jak cyfrowy skatepark, do którego wracam, gdy muszę oczyścić głowę. Czasem, żeby godzinami walczyć z jednym trickiem. Ale za każdym razem czuję to samo – spokój.

W świecie, w którym wszystko dzieje się za szybko, Session zwalnia tempo. Nie goni, nie błyszczy, nie próbuje być viralem. To gra, która wymaga uważności – a w zamian daje coś niezwykle rzadkiego: autentyczność. Chyba dlatego zostanie ze mną na zawsze. Bo przypomina, że warto się przewracać. Że warto się pomylić. Że warto próbować jeszcze raz.

Nie każda gra musi być idealna. Ale Session jest prawdziwe. A to dziś znaczy więcej niż cokolwiek innego.

Niekończąca się sesja

Nie wiem, czy Session: Skate Sim kiedykolwiek trafi do szerokiego grona odbiorców. Pewnie nie. Może właśnie w tym jej siła. Bo to gra, która nie potrzebuje wszystkich – wystarczy jej garstka ludzi, którzy rozumieją, czym naprawdę jest pasja.

Nie jest to tytuł dla każdego, ale dla tych, którzy potrafią docenić ciszę między upadkami. Dla tych, którzy wiedzą, że piękno skateboardingu nie leży w efektownych trikach, tylko w tej jednej chwili, gdy wszystko się zgrywa — ruch, balans, powietrze.

Session nie chce, żebyś był najlepszy. Chce, żebyś był obecny. Może właśnie dlatego, po tylu latach grania, po setkach gier i premier, tylko ta jedna wciąż przypomina mi, po co w ogóle siadłem do pada. Bo w świecie, który ciągle każe przyspieszać, Session: Skate Sim nauczyła mnie najważniejszego — że czasem najpiękniejsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy zwalniasz.

Co czyni tę grę wyjątkową

Immersja jest kolejnym kluczem. Kamera jak z mini kamerki VHS (z małą sztuczną głębią i zniekształceniem) sprawia, że czuję się jakbym kręcił własny skate video. Gdy jadę przez Brooklyn Banks lub Venice Beach przy zachodzie słońca, prawie czuję wiatr na twarzy – aż chce się odpalić głośne „na torbie gra muzyka”. Elementy otoczenia (jak popielniczki, śmieci czy ludzie trzymający kawę na ławce) podtrzymują klimat ulicznego skate’u lat 90. i 00.

Mechaniki wykonania trików też dają satysfakcję. Każdy ollie czy flip to wynik precyzyjnego ruchu obu drążków – z początku ciężko opanować, ale kiedy w końcu zagra, euforia jest ogromna. Cenię sobie też innowacje jak manual catchczy revery – pozwalają łączyć tricki w płynne sekwencje. Dla porównania: w Skater XL również mamy oddzielne analogi na nogi, ale tam kontrola jest bardziej surowa i brakuje wygładzenia, które Session zapewnia z czasem. W Skate (EA) czułem dużą zabawę, ale to było bardziej zręcznościowe; a w Session czuję każde zgięcie kolana i każdy gwizdek tarcia kół.

Społeczność i kreatywność graczy także wyróżniają Session. Wbudowany edytor klipów sprawia, że niemal zawsze mam włączony „film mode” i uwieczniam najlepsze triki. Potem dzielę się nimi na Discordzie czy YouTube, gdzie inne roleki śledzą moje postępy i inspirują mnie swoimi liniami. Świetne jest też to, że społeczność sama tworzy nowe mapy (fanowskie skateparki), a także dzieli się modami – np. są nieoficjalne paczki z ubraniami albo nowymi przeszkodami. 

Brak oficjalnego Steam Workshop rekompensowany jest przez menedżer modyfikacji i fora, gdzie znajdziesz instrukcje jak wrzucić własne mapy. Ludzie na Discordzie i Redditcie stale dyskutują nad ustawieniami gry, wymieniają się trikami i pomagają sobie w nowych wyzwaniach. Ten duch „dla społeczności, przez społeczność” sprawia, że Session nigdy nie jest tylko produktem – zawsze towarzyszy mu aktywna, rosnąca grupa zapaleńców.

Coraz więcej contentu! 

Session: Skate Sim obecnie jest już produkcją kompletną, a premiera aktualizacji Skate Core tylko to potwierdziła. Gra, która zaczynała jako surowy projekt dla entuzjastów symulacji, urosła do pełnoprawnego doświadczenia z ogromną ilością mechanik, map i systemów pozwalających na własny styl jazdy.

Po ponad trzech latach od wejścia do wczesnego dostępu gra oferuje wszystko, czego można oczekiwać od realistycznego symulatora deskorolki: niezależne sterowanie każdą stopą za pomocą dwóch analogów, dopracowaną fizykę ruchu, szerokie możliwości personalizacji oraz otwarte lokacje inspirowane prawdziwymi spotami. Od Nowego Jorku i Filadelfii po zachodnie wybrzeże USA z dodatkiem El Lay – świat gry jest dziś znacznie bogatszy niż na początku.

Casual skatin’
by
u/reeceh944 in
session

Można też sobie ustawić charakterystyczna kamerę typu fisheye, która nadal buduje klimat klasycznych skate video z przełomu lat 90. i 00., a kolejne elementy kosmetyczne i systemowe sprawiają, że Session pozostaje żywym projektem. Skate Core nie jest więc końcem drogi, ale raczej kolejnym etapem dojrzewania gry – dowodem na to, że twórcy wciąż rozwijają swoją wizję zamiast ją zamykać.

Ale ta gra ma flow!

W jednej z ostatnich aktualizacji (konkretnie chodzi o październikowe Flow) deweloperzy poprawili wiele mechanik i dodali nowe elementy contentu. Wprowadzono pełne wsparcie dla pozycji goofy – wszystkie triki i animacje są teraz w grze lustrzane, a przejścia on/off-board zostały wygładzone. Udoskonalono powerslidy – po ich zakończeniu kierunek jazdy bardziej spójny z ruchem gracza, a sterowanie głębokością ślizgu zostało ulepszone. 

Poprawiono także revery – już nie obracają skatera za bardzo i nie wpływają na prędkość. Dodano nowe możliwości związane z manualami: można teraz lądować w manualu nawet jeśli nie wszystkie koła dotykają ziemi (np. po grindzie). Wprowadzono też ogólne udogodnienia, np. wymianę złamanej deski z ekwipunku podczas jazdy oraz nowy interfejs powiadomień (news pop-up) prezentujący informacje o aktualizacji przy starcie gry.

W wirtualnym sklepie pojawiły się ubrania i sprzęt marki Jacuzzi (założonej przez Louie Barlettę) – nowe deski i koszulki związane z tą marką (po ogłoszeniu jej powstania dodano je do gry). Wreszcie pojawiły się w grze… skarpetki – aż 2 style z wieloma wariantami kolorystycznymi, dostępne dla każdego w sklepie. Dzięki temu możesz spersonalizować skatera pod względem ubioru bardziej niż kiedykolwiek. Mechanicznie zaś Flow wprowadził poprawki do takich rzeczy jak prędkość jazdy podczas driftów czy ustawienia pump multiplier (łapanie pary przy wybijaniu).

Wzmocniony rdzeń rozgrywki

Kilka dni temu natomiast otrzymaliśmy aktualizację Skate Core, która przyniosła szereg zmian, które najlepiej pokazują filozofię twórców Session: zamiast efektownych rewolucji dostaliśmy poprawki skupione na feelingu jazdy. I właśnie ten feeling od zawsze był największą siłą gry – a teraz jest jeszcze bardziej wyczuwalny.

Najbardziej widoczną nowością jest rozszerzenie repertuaru trików o darkslide’y, lip-tricki, late tricki, caspery i primosy, które wcześniej były dostępne w opcjach „eksperymentalnych” – tej zakładki już się pozbyto. Nowe ewolucje wymagają większej precyzji i prawidłowego „łapania” deski, co zwiększa realizm i poziom trudności. Jednocześnie uproszczono system grindów — usunięto osobne tryby wejścia (Full/Partial Release), a domyślny stał się tryb „No Release”, pozwalający płynnie przechodzić z wybicia do grinda bez konieczności puszczania drążków. Zmieniono też lądowanie z dużych wysokości, ograniczając przypadkowe powerslide’y i wymuszając bardziej świadome ustawienie kontrolera przy kontakcie z podłożem.

screenshot z session a skate sim
W ciągu paru ostatnich miesięcy gra otrzymała dwie spore aktualizacje – jest co robić!

Duży nacisk położono na fizykę jazdy i stabilność. Poprawiono zachowanie postaci na pochyłościach, wycentrowano masę ciała przy zjazdach, wyeliminowano problemy z nagłą utratą prędkości oraz zacinaniem się deski przy wybiciu z przeszkód. Ulepszono również model kół i tarcia, co przekłada się na bardziej przewidywalne prowadzenie deskorolki. Równolegle przebudowano animacje — ruchy są naturalniejsze, szczególnie podczas grindów i upadków, a całość sprawia wrażenie bardziej „ciężkiej” i realistycznej jazdy.

W praktyce Skate Core sprawia, że rozgrywka staje się bardziej techniczna i wymagająca, ale jednocześnie płynniejsza i bardziej realistyczna. Nowe triki rozszerzają możliwości tworzenia kombinacji, jednak wymagają lepszego timingu i opanowania mechanik. Patch usuwa też wiele błędów związanych m.in. z kolizjami, animacjami i łapaniem deski, choć społeczność zgłasza pojedyncze nowe problemy analizowane w kolejnych poprawkach. Jak widać – gra cały czas żyje, cały czas jest rozwijana i nie wygląda na to, żeby twórcy szybko mieli przestać. 

Jeśli kręcą cię deskorolkowe tematy – zagraj w Sessions

Na przestrzeni lat wiele razy myślałem, że żadna gra deskorolkowa już mnie nie zaskoczy. Przecież znałem na pamięć każdy poziom w Tony Hawk’s Pro Skater, Skate 3, no i Skater XL coś tam próbowało. Ale dopiero Session: Skate Sim naprawdę złapało mnie za serce. Nie dlatego, że było łatwe. Właśnie przeciwnie – bo kazało mi zwolnić, popełniać błędy, próbować raz jeszcze. Bo zmusiło mnie, bym znów poczuł, czym naprawdę jest progres.

W tej grze nie chodzi o punkty, odblokowane mapy czy zestawy ciuchów. Tu chodzi o moment, kiedy po trzydziestej próbie w końcu lądujesz konkretną linię i czujesz się jak król świata. Chodzi o to, że każde zwycięstwo jest twoje – wypracowane, wywalczone, wypocone

To list miłosny nie tylko do tej produkcji, ale i do całej kultury skateboardingu: nieidealnej, pełnej siniaków i frustracji, ale prawdziwej. Jeżeli kochasz deskę – tak naprawdę, bez filtra Instagramu – Session da ci więcej niż rozrywkę. Da ci przestrzeń, by poczuć pasję. A to jest więcej, niż oferuje większość gier.

 

Kuba Hertel

Geek w najlepszym tego słowa znaczeniu! Miłośnik gier, komiksów, kinematografii oraz technologii - pochłania wszystko! Z zawodu logistyk, a grafik (obecnie dziergający z Netflixem!) i redaktor z wyboru. Jego serce zdaje się barwy niebieskiej, bo najbardziej oddany jest Sony i DC, jednak z chęcią także zasiada przy Xboxie, a Switch w ruchu jest cały czas! Wszakże dobrodziejstw popkulltury nigdy za wiele, prawda?

REKLAMA

Rekomendowane artykuły

Te postacie sporo namieszały w odległej galaktyce. Kogo z Gwiezdnych Wojen warto poznać bliżej?

Te postacie sporo namieszały w odległej galaktyce. Kogo z Gwiezdnych Wojen warto poznać bliżej?

Starsze jest lepsze? Jakie kultowe gry ze świata Gwiezdnych Wojen warto znać?

Starsze jest lepsze? Jakie kultowe gry ze świata Gwiezdnych Wojen warto znać?

Legendy Świata Gwiezdnych Wojen. Kilka słów o tym, jakie skarby skrywa przed nami przeszłość

Legendy Świata Gwiezdnych Wojen. Kilka słów o tym, jakie skarby skrywa przed nami przeszłość

Ćwierć wieku piłki – Felieton

Ćwierć wieku piłki – Felieton

S.T.A.L.K.E.R. 2: Serce Czarnobyla na PS5 – powrót do Zony w najlepszym wydaniu

S.T.A.L.K.E.R. 2: Serce Czarnobyla na PS5 – powrót do Zony w najlepszym wydaniu

W CIENIU SAMURAJSKIEGO MIECZA: DLACZEGO FEUDALNA JAPONIA WCIĄŻ NAS HIPNOTYZUJE?

W CIENIU SAMURAJSKIEGO MIECZA: DLACZEGO FEUDALNA JAPONIA WCIĄŻ NAS HIPNOTYZUJE?