Nie od dziś wiadomo, że największym wrogiem każdego działkowicza nie są chwasty, ślimaki czy nieprzewidywalna pogoda. Największym wrogiem jest oczywiście somsiad. Ten sam, który patrzy przez płot, komentuje wysokość naszych pomidorów i najchętniej przejąłby połowę ogródka, gdyby tylko nadarzyła się okazja. Kiedy więc zobaczyłem RODOS, oczami wyobraźni widziałem już prawdziwą wojnę o każdy centymetr ziemi, o każdego pomidorka, i to nawet nie malinowego, tylko tego małego, pomarszczonego cherry. Czy dostałem wymarzone pole bitwy, czy raczej spokojne popołudnie przy podlewaniu sałaty? Zapraszam do lektury.
Zawsze większa działka to ta za płotem
Zacznijmy od tego, co właściwie znajdziemy w pudełku. RODOS stawia na prostotę. Mamy kolorowe kafelki przedstawiające grządki, płotki i niewielki teren, który z czasem zamienia się w prawdziwy ogródkowy chaos. Przyznam, że moje oczekiwania dotyczące wykonania nie były szczególnie wysokie, dlatego ostatecznie zostałem nawet miło zaskoczony. Nie ma tutaj niczego, co sprawiłoby, że zacząłbym z zachwytem oglądać każdy element pod światło, ale całość prezentuje się przyzwoicie.
Same zasady również nie powinny sprawić nikomu większego problemu. Dokładamy kafelki, rozbudowujemy swoje grządki i wykorzystujemy płotki, aby łączyć kolejne obszary. Wygrywa osoba, która stworzy największą działkę. Tyle wystarczy, żeby rozpocząć zabawę. Nie potrzebujemy doktoratu z ogrodnictwa… nigdy, a w tym przypadku nawet nie musisz odróżniać pokrzywy od mlecza, żeby móc spokojnie zacząć grę.

Gdzie mnie z tą kopaczką!
Nie będę ukrywał, że do RODOS podchodziłem z jednym konkretnym oczekiwaniem. Chciałem negatywnej interakcji. Marzyło mi się coś na wzór Pizza Connection 2, gdzie konkurencję można było potraktować zdecydowanie mniej przyjaźnie, niż przewidują zasady zdrowej rywalizacji. Najchętniej położyłbym bombę pod domek letniskowy przeciwnika i patrzył, jak jego ogrodnicze imperium upada niczym cesarstwo rzymskie zbudowane z ogórków. Niestety, rzeczywistość okazała się znacznie spokojniejsza. Zamiast Pizza Connection 2 dostałem raczej Sąsiadów z piekła rodem, w których największą zbrodnią jest oblanie delikwenta wodą.
Żeby jednak nie było, RODOS pozwala trochę uprzykrzyć życie pozostałym graczom. Możemy zająć komuś upatrzone pole, postawić płotek w wyjątkowo niewygodnym miejscu i skutecznie pokrzyżować plany rozbudowy. Podczas rozgrywek nie brakowało więc śmiechu oraz drobnych złośliwości. Problem w tym, że owe sąsiedzkie przepychanki nie są szczególnie dotkliwe. Nikt nie wywróci nam całej działki do góry nogami, a największe konflikty kończą się zazwyczaj na niezadowolonym spojrzeniu znad płotu.
Strategia? Trójpolówka to nie tutaj!
RODOS nie jest grą, przy której spędzałem czas na analizowaniu kolejnych ruchów. Najczęściej dopiero podczas własnej tury zastanawiałem się, gdzie najlepiej umieścić następny kafelek. Oczywiście można próbować planować, obserwować przeciwników i szukać optymalnych rozwiązań, ale nie miałem poczucia, że podejmuję decyzje, które na zawsze zmienią moje postrzeganie planszówek. Z jednej strony jest to zaleta. Rozgrywka przebiega sprawnie, nie wymaga ogromnego skupienia i pozwala swobodnie rozmawiać przy stole. Z drugiej jednak brakuje jej czegoś, co sprawiłoby, że po zakończonej partii natychmiast chciałbym rozegrać kolejną. Tym bardziej że choć przeszkadzanie innym dostarcza chwilowej satysfakcji, większość czasu i tak spędzamy na pilnowaniu własnych grządek.
Nie oznacza to oczywiście, że mechanicznie coś tutaj nie działa. Wręcz przeciwnie. Gra robi dokładnie to, co powinna, i trudno zarzucić jej jakieś poważne błędy. Problem polega raczej na tym, że poprawność oznacza zazwyczaj przeciętność.
Sprawdź też: Everdell Stacja Nowoliść – recenzja dodatku – Wsiąść do pociągu byle jakiego…

Sezon zamknięty
Po kilku partiach RODOS wrócił na półkę i, przynajmniej na razie, nic nie wskazuje na to, żeby miał ją regularnie opuszczać. Nie dlatego, że źle się bawiliśmy. Przy stole było przyjemnie, pojawiały się żarty i okazje do małych uszczypliwości. Po prostu nie wydarzyło się nic, co szczególnie zapadłoby mi w pamięć.
Myślę, że największą szansę na dobrą zabawę mają tutaj osoby rozpoczynające przygodę z planszówkami. Proste zasady, krótki czas rozgrywki i niewielki ciężar podejmowanych decyzji sprawiają, że RODOS może być przyjemnym sposobem na spędzenie wspólnego wieczoru. Bardziej doświadczeni gracze mogą jednak dość szybko poczuć, że całość oferuje im zbyt mało. Szkoda, bo sam temat ma spory potencjał. Ogródki działkowe, rywalizacja o ziemię i odwieczna niechęć do sąsiada to przecież niemal gotowy przepis na planszówkową komedię. Wystarczyłoby nieco mocniej rozwinąć możliwości wzajemnego przeszkadzania, aby działkowe konflikty nabrały zdecydowanie więcej charakteru.
Ostatecznie RODOS to poprawna, lekka gra, która potrafi rozbawić, ale nie zostawia po sobie większych emocji. Nie żałuję spędzonego przy niej czasu, jednak w mojej kolekcji znajdzie się sporo tytułów, po które sięgnę wcześniej.
A przecież chciałem tylko podpalić sąsiadowi altankę. Czy to naprawdę tak wiele?
Sprawdź też: Lumilas – recenzja gry planszowej – Kotki i las pełen duchów

