MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Dying Light 2: Stay Human – recenzja gry. Kto zgasił światło?

Przeszło 7 lat fani beztroskiego krojenia zombie i skakania po dachach musieli czekać na pełnoprawną kontynuację Dying Light, która zapowiadana była jako prawdziwa rewolucja w świecie gier, gdzie każda nasza decyzja miała mieć wpływ na to, jak będzie zmieniał się otaczający nas wirtualny świat. Do budowania hype’u przyczynił się też fakt, że zapowiedzi te nie padły z ust byle kogo, bo samego Chrisa Avellone’a – twórcy takich klasyków jak Fallout 2 czy Fallout:  New Vegas – na targach E3 w 2018 roku. Od zapowiedzi do premiery jednak daleka droga i wiele rzeczy może się w międzyczasie wydarzyć. Problemów w trakcie produkcji nie uniknął też Techland, który rozstał się z Avellonem po tym, jak światło dzienne ujrzały kontrowersje z nim związane, do tego doszły problemy z optymalizacją, które przesunęły datę premiery o ponad 2 lata. Jednak 4 lutego 2022 roku gracze wreszcie dostali w swoje ręce część drugą. Czy jest to faktycznie tak innowacyjna gra i czy Techland spełnił wysokie oczekiwania fanów?

Dying Light 2: Stay Human – recenzja gry. Kto zgasił światło?

Aiden Babaiden – krótko o fabule

Tak jak to było w części pierwszej, zaraz po uruchomieniu gry otrzymujemy krótkie intro, które wprowadza nas w historię i pokrótce przybliża nam wydarzenia, jakie miały miejsce po zakończeniu Dying Light. Dowiadujemy się z niego, że naukowcom udało się opracować szczepionkę na wirusa z Harran i wyeliminować zarazę. Jednak radość nie trwała długo, bo pomimo obietnic zaprzestania badań nad wirusem, GRE kontynuowało je na potrzeby wojska i wkrótce wydostał się on z laboratorium, rozpoczynając epidemię na skalę światową. Po upadku ocalała ludność tworzy enklawy, w których stara się prowadzić normalne życie. Owe osady są od siebie oddalone często o wiele kilometrów, a tereny poza nimi są pełne zakażonych. Jedynymi łącznikami są pielgrzymi, którzy pełnią w tym świecie rolę współczesnych kurierów, z tą różnicą, że nie dość, że wniosą paczkę na trzecie piętro to jeszcze zabiją każdego niemilca, który będzie próbował utrudnić transport.

Jednym z takich pielgrzymów jest nasz protagonista, Aiden Caldwell, którego poznajemy na ostatnim etapie jego podróży do miasta Villedor, gdzie ma on nadzieję odnaleźć swoją siostrę. W tym momencie rozpoczyna się nieco długi, ale klimatyczny prolog, w którym będziemy eksplorować malownicze tereny, pełne dzikiej roślinności i naruszonych zębem czasu budynków. Po dosyć powolnym początku dostajemy też nasze pierwsze zadanie. Mianowicie mamy spotkać się z informatorem, który podobno posiada ważne dla nas informacje. Spotkanie jednak nie przebiega tak, jakbyśmy tego oczekiwali i sprawy się nieco komplikują. Ostatecznie udaje nam się dotrzeć do Villedor, gdzie tak jak w “jedynce” ludność nie jest do nas zbyt przyjaźnie nastawiona i będziemy musieli zasłużyć sobie na ich zaufanie.

Choć fabuła, po raz kolejny, nie jest zbyt oryginalna, to mnie osobiście zainteresowała. Od początku do końca nic nie jest oczywiste, dodatkowo, zanim poznamy jej finał, przyjdzie nam podjąć kilka moralnych decyzji, które w mniejszym lub większym stopniu wpływają na przebieg wydarzeń. Raziła mnie trochę obojętność postaci pobocznych na nasze poczynania. Zdarza się, że gdy zawalimy misję dla jednej ze stron, przy następnym spotkaniu, nawet o tym nie wspomną. W związku z tym nie czujemy żadnego ciężaru podjętych decyzji.

Run, jump, fight

Jednym z elementów, którym wyróżniał się Dying Light był świetny systemem przemieszczania się po mieście. Nie inaczej jest też w Stay Human. Śmiem nawet stwierdzić, że eksploracja jest tutaj jeszcze bardziej wciągająca, pomimo ograniczeń – a może i dzięki nim – na które zdecydowali się twórcy. Otóż przez wprowadzenie paska staminy nie czujemy już takiej swobody w pokonywaniu kolejnych przeszkód i na początku często można się zastanawiać “no jak ja mam tu wejść. Przecież się nie da!”. Jest to jednak mylne wrażenie, bo jeśli nieco pomyślimy, to tak naprawdę nic nie jest w stanie nas powstrzymać przed wdrapaniem się tam, gdzie sobie zaplanowaliśmy. Do celu często prowadzi więcej niż jedna ścieżka i tylko od gracza zależy, czy znajdzie tą właściwą. A gdy to kombinowanie zacznie nam się znudzić, okaże się, że mamy już w zanadrzu wachlarz ruchów, który nie dość, że pozwoli nam poczuć wolność, której zaznaliśmy przemierzając Harran, to jeszcze urozmaici nam rozgrywkę.

Sporo zmian zaszło w elemencie rozwoju postaci. Najbardziej rzuca się w oczy rezygnacja z jednej z biegłości. Do dyspozycji mamy teraz tylko drzewka walki i parkour, które zastąpiły odpowiednio siłę i zwinność oraz podzieliły między sobą niektóre elementy poziomu przetrwania. Możliwości rozwoju jest mniej, natomiast na szczęście zostawiono te, które dają najwięcej przyjemności podczas przemierzania miasta, jak bieganie po ścianach, przepychanie się przez hordy wrogów czy używanie ich jako trampolin. Zawiedzeni mogą być też gracze, którzy polubili kotwiczkę z części pierwszej. Ta została zastąpiona hakiem, który nie zaburza już tak balansu trudności i pozwala nam tylko na pokonywanie większych odległości, ale nie uratuje nas, kiedy przez nieuwagę zostaniemy otoczeni przez dziesiątki zombie. Uczynić to może natomiast paralotnia – pod warunkiem, że znajdujemy się na dachu lub w pobliżu czegoś, co uniesie nas w górę – która bez wątpienia daje wiele frajdy i pozwala się dostać w trudno dostępne miejsca, ale też znacząco ułatwia rozgrywkę i często, zamiast stawić czoła zagrożeniu, zaczynamy się rozglądać za jakimś obłokiem pary, który pozwoli nam się ewakuować.

Villedor vs Harran

Wzorowany prawdopodobnie na Stambule Harran, był na tyle fantastycznym miejscem, że postanowiłem poświęcić mu osobną część recenzji “jedynki” i myślałem, że trudno będzie przebić tamten projekt. Twórcy jednak stanęli na wysokości zadania i Villedor, które jest kolarzem miast europejskich, zachwyca od pierwszych chwil w nim spędzonych. Już w prologu przyjdzie nam zwiedzić malownicze podmiejskie tereny, które przypominały mi te z The Last Of Us Part 2, a to dopiero początek pięknych widoków.

Kiedy już przybędziemy do Old Villedor – jednej z dwóch dużych lokacji w grze – i zaczniemy eksplorować, szybko zorientujemy się, że zostało ono idealnie skrojone pod parkour. Jako że historia toczy się 15 lat po wybuchu epidemii, mieszkańcy mieli sporo czasu, żeby przystosować miasto do swoich potrzeb i zbudowali różnego typu rampy, mosty linowe, dzięki czemu możemy się dostać z jednego końca mapy na drugi, nie schodząc właściwie na poziom ulicy. Dodatkowo odbijając niektóre miejsca z rąk renegatów, możemy zdecydować, która frakcja będzie rządziła na danym terenie i w zależności od tego, za którą ze stron się opowiemy, dzielnica albo zostanie wyposażone w nowe elementy ułatwiające parkour albo walkę – nie na to liczyłem, kiedy słyszałem, że każda nasza decyzja ma znaczenie.

Chociaż zabudowa jest tu niska, to znajdziemy też pojedyncze budowle, które będą wymagały od nas nieco skupienia przy wspinaczce. Ja pierwsze co zrobiłem, gdy zostałem spuszczony ze smyczy prologu, wdrapałem się na wierzę kościoła, żeby podziwiać piękną panoramę starej części miasta. Znalazłem tam też schronienie jednego z ocalałych, jego notatki i trochę zasobów i chociaż fabuła i tak zaprowadziłaby mnie w to miejsce, to odkrywanie takich sekretów daje mi mnóstwo przyjemności i satysfakcji – a w Dying Light 2 jest wiele tego typu smaczków.

Gdzie te zombie

Grając w Stay Human odniosłem wrażenie, że zombie zeszły gdzieś na drugi plan. Po pierwszych godzinach gry byłem zachwycony nowymi typami zakażonych i podekscytowany na myśl o walce z nimi. Jednak w miarę toczenia się historii, odgrywają coraz mniejszą rolę i nieraz w ogóle zapominamy o ich istnieniu. W trakcie rozgrywki częściej przyjdzie nam się mierzyć natomiast z ludźmi, którzy w przeciwieństwie do zainfekowanych są bardzo przewidywalni, a do tego nie są zbyt inteligentni, przez co gra staje się zbyt łatwa nawet na najwyższym poziomie trudności.

Ucierpiał też na tym – uwielbiany przeze mnie w jedynce – klimat. Co prawda dalej słychać gdzieś w oddali jęki, krzyki, wybuchy, ale mimo tego nie czuć już takiego zagrożenia i osaczenia. Namiastkę tego można poczuć jedynie w nocy, kiedy na ulicach robi się bardziej tłoczno i mały błąd podczas ucieczki może nas kosztować życie.

Bardzo dobra gra, ale średni Dying Light

Pomimo tego, że sporo mam do zarzucenia Dying Light 2, to myślę, że jest to udana produkcja i przypadnie ona do gustu szerszemu gronu graczy. Moje niezadowolenie wynika głównie z uwielbienia do części pierwszej, która była takim powiewem świeżości pośród wtórnych gier o zombie i potrafiła naprawdę przestraszyć, zamiast wywołać uśmiech politowania. Mam jednak świadomość, że nie każdy lubi takie emocje w trakcie rozgrywki, która ma przecież przede wszystkim sprawiać przyjemność. Stay Human jest tytułem bardziej przystępnym i do tego świetnie zrealizowanym, posiada piękną grafikę, fantastyczną ścieżkę muzyczną, całkiem wciągającą fabułę i daje mnóstwo frajdy. Czyli ma wszystko, czym powinna charakteryzować się współczesna gra AAA, jednak niezbyt wyróżnia się z tłumu. Mam tylko nadzieję, że jeśli Techland zdecyduje się na stworzenie kolejnej części, nie dostaniemy mieszanki Far Cry z Just Caus i twórcy postanowią zachować oryginalny charakter serii.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

NAJNOWSZE WPISY

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ