Myślałem, że Jason Aaron już pokazał wszystko, co miał do zaoferowania w Avengers. Tymczasem „Avengers: Na zawsze” próbuje podkręcić skalę jeszcze bardziej. Problem w tym, że im większy robi się ten komiks, tym trudniej się w niego wkręcić. Zapraszam do recenzji.
Multiwersum na pełnych obrotach
Dwunasty tom to w zasadzie pełne wejście w temat multiwersum. Różne wersje bohaterów z alternatywnych rzeczywistości, zniszczone światy i drużyna składana z dość nietypowych postaci. W centrum wydarzeń stoi Ghost Rider, który przemierza kolejne rzeczywistości i zbiera sojuszników do walki z ogromnym zagrożeniem.
Pomysł sam w sobie jest ciekawy. Marvel już nieraz pokazywał, że potrafi bawić się alternatywnymi wersjami bohaterów i tutaj też pojawia się kilka naprawdę fajnych koncepcji. Problem zaczyna się w momencie, gdy tych pomysłów robi się po prostu za dużo.

Przerost wszystkiego nad wszystkim
Największy problem tego tomu to przeładowanie. Za dużo postaci, za dużo wątków, za dużo wydarzeń. Każdy element próbuje być ważny, ale przez to nic nie wybija się na pierwszy plan. Bohaterowie pojawiają się i znikają, często bez większego znaczenia. Trudno się do kogokolwiek przywiązać, bo zanim zdążymy kogoś lepiej poznać, historia już pędzi dalej. Nawet jeśli trafiają się ciekawe momenty, to szybko giną w natłoku kolejnych scen. Mam wrażenie, że Jason Aaron bardziej chciał zrobić coś wielkiego niż coś naprawdę angażującego.
Ciągła akcja bez chwili oddechu
Nie można powiedzieć, że ten komiks jest nudny. Dzieje się tu bardzo dużo. Walki, pościgi, kolejne starcia z przeciwnikami. Tempo jest wysokie praktycznie przez cały czas.
Tylko że po pewnym czasie zaczyna to męczyć. Brakuje spokojniejszych momentów, które pozwoliłyby lepiej poczuć klimat albo wejść głębiej w relacje między bohaterami. Wszystko jest podane na jednym poziomie intensywności i przez to kolejne sceny zaczynają się ze sobą zlewać. Efekt jest taki, że nawet duże wydarzenia nie robią aż takiego wrażenia, jak powinny.

Rysunki solidne, ale bez większego efektu
Warstwa graficzna stoi na dobrym poziomie. Kadry są czytelne, sceny akcji dynamiczne i łatwe do śledzenia. Przy takiej historii to duży plus, bo łatwo byłoby się pogubić. Z drugiej strony, przy tak dużej skali wydarzeń liczyłem na coś więcej. Rysunki są dobre, ale rzadko kiedy zapadają w pamięć. Brakuje kadrów, które naprawdę robią wrażenie i zostają z czytelnikiem na dłużej. To solidna robota, ale nic ponad to.
Finał, który nie do końca wybrzmiewa
Ten tom ma być czymś dużym. Czuć, że to ważny moment w runie Aarona i że autor próbuje domknąć pewne wątki. Problem w tym, że przez nagromadzenie wszystkiego trudno poczuć wagę tych wydarzeń. To trochę jak oglądanie kolejnej wielkiej bitwy, która powinna być epicka, ale nie wywołuje większych emocji. Bo wcześniej było już tyle podobnych momentów, że trudno się nimi przejąć.
Sprawdź też: Przeznaczenie X. X-Men. Tom 1 – recenzja komiksu – Wszystko zaczyna się sypać?

Czy to działa?
To nie jest zły komiks. Ma ciekawe pomysły i sporo akcji. Widać też ambicję, żeby zrobić coś dużego i widowiskowego. Tylko że dla mnie to wszystko jest zbyt chaotyczne. Brakuje skupienia i lepszego prowadzenia historii. Jeśli ktoś lubi multiwersalne szaleństwo i nie przeszkadza mu nadmiar wszystkiego, może się tu dobrze bawić. Ja momentami miałem wrażenie, że to trochę za dużo jak na jeden tom.
Sprawdź też: Avengers Tom 11 – recenzja komiksu – Bohaterowie sprzed wieków kontra Mephisto

