W grudniu do kin weszła trzecia odsłona serii Avatar Jamesa Camerona, ale nie tylko! Oto niespodziewanie Ubisoft na miesiąc przed premierą filmu zapowiedział trzeci dodatek do gry Avatar: Frontiers of Pandora i sporą aktualizację. Oczywiście jako fanka tego uniwersum nie mogłam obojętnie przejść koło takiego wydarzenia.
Na naszej stronie znajdziecie moją recenzję „podstawki”, ale od tamtego czasu w grze wiele się zmieniło. Twórcy od czasu premiery w 2023 roku mocno pracowali nad swoim tytułem, dlatego dzisiaj napisałabym zupełnie inną opinię. Szczególnie po wprowadzeniu ostatniej aktualizacji, która zmieniła tę grę na lepsze. I swoją opinię zacznę właśnie od tego, bo ciężko o tym nie wspomnieć.

Jest dużo lepiej, ale…
Przede wszystkim, ogromne brawa należą się za wprowadzenie pełnoprawnego widoku trzecioosobowego (TPP). To jest to, o co fani prosili od pierwszych zapowiedzi. Avatar: Frontiers of Pandora od początku zachwycało projektami postaci i personalizacją naszego Na’vi, ale wcześniej mogliśmy podziwiać swój ubiór czy malowania wojenne głównie w menu lub podczas jazdy na ikranie. Teraz, przemierzając gęste lasy, w końcu widzimy, jak nasza postać porusza się w tym świecie – tę zwinność, siłę i grację, z jaką Na’vi przeskakują między gałęziami czy wspinają się na skały. Perspektywa TPP pomaga także w lepszej orientacji w terenie, szczególnie podczas dynamicznej walki.

Niestety wciąż mam uwagi co do ogólnej optymalizacji gry – trzeba przyznać, że jest dużo lepiej niż na premierę, ale wciąż problemy z wydajnością występują na wyższych rozdzielczościach, zwłaszcza bliżej 4K. Produkcja pożera wówczas sporo mocy obliczeniowej naszego GPU, co niestety objawia się tym, że klatki uwielbiają nagle dropić, zwłaszcza w miejscach z dużą ilością NPC oraz obiektów (np. w siedzibie klanu Aranahe). Tak naprawdę sytuację ratuje upscalling, który „wyciąga” stabilne klatki, ale okazjonalnie zdarza się mu „chrupnąć”. Na szczęście gra posiada bardzo rozległe opcje graficzne, w których można się pobawić (wyłączając mało znaczące lub wręcz niewidoczne efekty np. dodatkowe cieniowanie), przez co grę można odpalić na słabszym sprzęcie.

Graficznie wciąż możemy mówić o jednej z najpiękniejszych gier ostatnich miesięcy, a nawet lat. Projekt lasu, kolorowe stroje tubylców oraz ich animacje – naprawdę chciałabym, aby Ubisoft oraz inni deweloperzy częściej sięgali po taką paletę kolorów. Spacerowanie po lasach Pandory, w których wszystko żyje i symuluje naturalny ekosystem, to sama przyjemność. Tak samo latanie i podziwianie unoszących się gór, rozległych lasów oraz rzek, przecinających rozległe tereny. Na ogromny plus muszę zaliczyć to, że to wszystko udało się osiągnąć bez ekranów ładowania, co także tłumaczy wysokie wymagania sprzętowe. Zwłaszcza że twórcy Avatar: Frontiers of Pandora nie tylko garściami czerpią z filmów Camerona, ale nie bali się dodać własnej zawartości, aby rozbudować to uniwersum.

Nowa twarz, nowa historia
Przechodząc do samej zawartości From the Ashes, największym zaskoczeniem jest decyzja twórców o wprowadzeniu nowego głównego bohatera. Tym razem przyjdzie nam sterować So’lekiem, wojownikiem Na’vi, którego mieliśmy okazję poznać już w podstawowej przygodzie. Sama akcja rozgrywa się rok po wydarzeniach z „podstawki” na terenach Lasu Kinglor. Zapomnijcie jednak o sielankowych widokach – tym razem ZPZ powraca z potężnym wsparciem ze strony klanu Mangkwan. To zbuntowane plemię, które (podobnie jak w najnowszym filmie) odrzuciło więź z Eywą i tradycyjne wartości, wybierając współpracę z najeźdźcą. Widok naszego domu trawionego przez ogień i okolicy stojącej w płomieniach nadaje całości znacznie cięższego, niemal przygnębiającego tonu.

Do tego wprowadzenie wrogich Na’vi całkowicie zmienia zasady gry. Teraz stawiamy czoło już nie tylko powolnym maszynom ZPZ, które można zdjąć z dystansu, ale z przeciwnikiem będącym naszym odbiciem, przez co sama walka staje się niesamowicie dynamiczna, szybka i osobista. Czuć tu ogromny ciężar emocjonalny, gdy musimy stanąć przeciwko własnemu gatunkowi. So’lek jako protagonista sprawdza się świetnie za sprawą innego charakteru niż Na’vi z podstawowej wersji gry. Jest on surowym oraz skupionym wojownikiem, a jego stoicki sposób podchodzenia do wszelkich sytuacji i spokojny głos idealnie pasują do tej mroczniejszej atmosfery dodatku.

A co ważne, mimo wyraźnych nawiązań do trzeciej części Avatara, twórcy tak poprowadzili narrację, że możecie spokojnie grać bez obaw o spoilery z kina. From the Ashes świetnie uzupełnia uniwersum, ale pozostaje autonomiczną, bardzo emocjonalną opowieścią. Poznanie samej historii zajmuje około 8 godzin, ale jeżeli ktoś, tak samo, jak ja, lubi eksplorować i robić wszystkie zadania poboczne, to spędzi z nim ponad 15 godzin. Warto jednak pamiętać, że w dodatek będziecie musieli zagrać sami – niestety pozbawiony jest co-opa.

Teraz mogę polecić z czystym sumieniem
Tak jak wspomniałam na początku, dzisiaj zupełnie inaczej patrzę na Avatar: Frontiers of Pandora. Ze wszystkimi usprawnieniami i trzema dodatkami, w tym najnowszym From the Ashes, to już nie tylko „Far Cry Smerfy Edition”, ale tytuł, którym naprawdę warto się zainteresować. Szczególnie gra w co-opie dostarcza dużo zabawy i pozwala jeszcze pełniej chłonąć ten niesamowity świat wspólnie z innym fanem uniwersum.
