DRAGO Entertainment zdobyło uznanie na symulatorowym rynku za sprawą świetnie przyjętego Gas Station Simulator. Tytuł krakowskiego dewelopera podbił serca graczy na całym świecie. Twórcy nie spoczęli na laurach i pracowali nad dalszymi tytułami. Szykuje się prawdziwa ofensywa, bo w tym roku wydadzą Airport Contraband oraz Road Diner Simulator. Najnowszą premierą jest Roadhouse Simulator, w którym wcielimy się w bramkarza i menadżera przydrożnego baru.
Prologi symulatorów to świetny sposób by przetestować zapowiadane premiery!
Z tej okazji przeszłam Roadhouse Simulator: Prologue. Ten krótki, bo zaledwie dwudziestoośmiominutowy wstępniak rozbudził mój apetyt na pełną wersję. W grze wcielamy się w postać młodego, wąsatego wujka (znanego fanom symulatorów z Gas Station Simulator), który po przemierzeniu części USA autokarem, pojawia się w przydrożnym barze, tzw. roadhousie.
Przybytek ten znajduje się w klimatycznej lokalizacji, tuż przy kultowej trasie Route 66. Na miejscu wita go właściciel – wyluzowany kowboj mówiący z silnym akcentem. Prosi nowicjusza o pomoc w ogarnięciu nieruchomości po niedawnej bójce. Pod jego nadzorem poznajemy podstawy zarządzania lokalem o tej specyfice.
Przynieś, podaj, pozamiataj!
Zaczęłam od pozbycia się znokautowanych ciał, które musiałam wyrzucić bezpośrednio przed bar. Kiedy brałam na barki bezwładne męskie ciała od razu poczułam się jak w mojej ukochanej gierce Crime Scene Cleaner. Utylizacja niechcianych gości przebiega bardzo sprawnie, wystarczy prawy przycisk myszki i nikt już nie nęka barmana.
Po wyeliminowaniu niewygodnego czynnika ludzkiego przyszedł czas na ogarnięcie lokalu. Po znalezieniu młotka w warsztacie, dodałam go do ekwipunku, żeby naprawić zniszczone w trakcie awantury meble. Naprawa idzie sprawnie i przyjemnie – po wybraniu z TAB’a młotka wystarczy najechać na interesujący nas obiekt, raz kliknąć i voila! Pokochałam tę mechanikę, dzięki niej żmudną pracę wykonałam w parę sekund.
Oprócz tego zajmowałam się czynnościami charakterystycznymi dla symulatorów pracy. Zbierałam puste kufle i butelki, myłam podłogi, przetykałam toaletę, odnosiłam naczynia na zmywak i obsługiwałam gości.

Nietypowym elementem stały się wojny motocyklowych gangów, w które zostałam bezpośrednio zaangażowana. Samouczek wprowadza nas w tajniki walki na pięści. Bijatyka jest przyjemna, potrzebowałam jednak chwili, żeby przestawić się na walkę na klawiaturze (przeważnie biję się na padzie). Operujemy kilkoma ciosami, a każde poprawnie wyprowadzone uderzenie ładuje nasz tryb Furii. Kiedy osiągniemy ten stan, następuje widowiskowa animacja, w której wyjmujemy z kieszeni grzechotnika w kapeluszu i wbijamy jego zęby w nadgarstek, tak, żeby jad zwierzęcia trafił do naszych żył. I wtedy dzieje się magia, jedno kopnięcie jest w stanie znokautować przeciwnika. Po utemperowaniu towarzystwa, zaczęliśmy wszystko od nowa. Sielanka nie trwała jednak długo, tempo wydarzeń Roadhouse’u przypomina cykl życia Zbigniewa Stonogi: najpierw błogi spokój, potem awantura i dramy. Tym razem jednak do lokalu, oprócz gangów, wpadła policja. Po brawurowym pojedynku i zgaszeniu nam światła, federalni zabrali właściciela przybytku, który w ostatnich słowach błagał nas o przejęcie po nim barowej schedy. I tutaj kończy się prequel, a zaczyna zabawa w pełnej wersji.
Podsumowanie
Ukończony prolog oceniam bardzo pozytywnie, wszystko działało jak należy, nie trafiłam na żadne bugi, a same mechaniki są intuicyjne i sprawiają mnóstwo frajdy. Graficznie też jest dobrze, kolory są wyraziste, tekstury dopracowane, technicznie to bardzo grywalny tytuł. Jeżeli chodzi o fabułę, to scenarzyści skonstruowali zgrabną historię i dodali odrobinę urozmaicenia do prozaicznych, codziennych czynności. Tak właśnie powinny wyglądać symulatory. Jeżeli pełna wersja utrzyma ten poziom, to mamy hit, proszę państwa.
