Luty przyniósł nam wyczekiwaną premierę Death Howl na konsolach, ale to nie wszystko! Zaledwie chwilę po tym, jak gra zadomowiła się na PS5 i Switchu, wydawca 11 bit studios poinformował o kolejnych poprawkach i rozwoju tego mrocznego świata. Oczywiście jako fanka trudnych, klimatycznych strategii nie mogłam obojętnie przejść koło tak unikalnego połączenia soulslike’a z karcianką.
Mimo że od debiutu minęło już trochę czasu, to właśnie teraz, po ostatnich aktualizacjach, poczułam, że to najlepszy moment, by sprawdzić, czy opowieść o matce szukającej syna w krainie duchów faktycznie chwyta za serce tak mocno, jak zapowiadano.
Recenzja Death Howl powstała w oparciu o wersję na PC.
Strata jest bolesna, ale ważne jest to, jak sobie z nią poradzić
Opowieść zaczyna się bardzo chaotycznie i początkowo niewiele wiemy. Trafiamy do jakiegoś wymiaru duchowego, gdzie spotykamy gadającego łosia i masę duchowych zwierząt, które koniecznie chcą nas zabić. Powoli odkrywamy kolejne sekrety i poznajemy naszą bohaterkę – Ro. Jest ona łowczynią z małego plemienia (akcja prawdopodobnie toczy się w czasach prehistorycznych, gdy człowiek dopiero zakładał pierwsze osady) i nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanego syna. Próbuje go uwolnić z krainy zmarłych, aby wspólnie mogli wrócić do świata żywych.

Cała narracja jest głęboka, pełna filozofii oraz rozważań o stracie. W ciekawy sposób interpretuje wierzenia skandynawskie oraz znaczenie przyrody w naszym życiu, dotykając nas do żywej duszy. Ro to postać tragiczna, walcząca z nieuniknionym przeznaczeniem. To wszystko sprawiało, że pomimo wysokiego poziomu trudności, nie mogłam się oderwać.
Nic nie rozumiesz? Spokojnie, tak ma być
Death Howl to produkcja, która nie ma do nas szacunku. Dosłownie. Nic nie tłumaczy, wrzuca nas do świata i: „radź sobie, graczu!”. Wszelkie mechaniki, efekty kart czy ich skuteczność poznajemy przede wszystkim metodą prób i błędów. Pomyłki są brutalnie wykorzystywane przez naszych wrogów. Nie ma tu możliwości wyboru poziomu trudności, więc albo się dostosujemy, albo ciśniemy padem, klawiaturą czy konsolą przenośną w kąt. To zarówno wada, jak i zaleta tej produkcji. Początkowo gotowałam się z frustracji, gdy po raz kolejny zmutowany dzik czy inna wrona rozszarpały mnie na kawałki.

Jednak gniew napędzał mnie do kolejnych prób. Walka jest turowa, więc każda decyzja i odpowiednie zarządzanie energią mają tutaj kluczowe znaczenie. Zdarzają się sytuacje, w których jeden błąd kosztuje nas całą potyczkę, a Death Howl nawet nie próbuje udawać, że jest inaczej. To jedna z tych trudniejszych gier, w których naprawdę trzeba mocno wsiąknąć w mechanikę. Kart jest aż 160, więc tworzenie talii wymaga sporo czasu i dopasowywania ataków do konkretnych typów przeciwników.

Gdy zginiemy, nic strasznego się nie dzieje – powracamy do jednego z pobliskich kręgów. To w nich ulepszamy nasze karty, odblokowujemy nowe oraz regenerujemy punkty życia. Są one rozsiane dość gęsto, co w sumie nie dziwi – gdy tylko złapiemy oddech, wszyscy przeciwnicy na mapie zostają przywróceni do życia. Mamy więc spory backtracking, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ponieważ każda kolejna walka dostarcza nowych zasobów. Można dzięki temu swobodnie farmować elementy potrzebne do rozbudowy talii.

Momentami irytowały mnie nagłe przeskoki poziomu trudności. Gdy już myślałam, że w miarę opanowałam podstawy, gra potrafiła sprowadzić mnie do parteru. Wtedy znowu wracałam do punktu wyjścia, nie rozumiejąc, co się dzieje. Można to uznać zarówno za zaletę, jak i za wadę. Pod koniec trafiały się także momenty, w których rozgrywka zbytecznie się ciągnęła, zasypując mnie kolejnymi falami przeciwników.
Piękno podszyte tragedią
Oprawa wizualna to przepiękny pixel art, nasycony kolorami i nawiązujący do starszych tytułów. Stylistyka jest mroczna, sama historia smutna, ale gdzieś w tym wszystkim przemycono artystyczne piękno. Podczas gry w Death Howl uderzała mnie narracja, ale czasem nie mogłam powstrzymać westchnienia nad urokiem tego dziwnego, zakręconego świata. Na tę produkcję patrzy się bardzo przyjemnie, i to nawet wtedy, gdy umieramy po raz kolejny. To dodatkowo napędza eksplorację, która wynagradza naszą ciekawość, oferując dodatkowe zasoby oraz nowe karty do odkrycia. W ten sposób faktycznie czujemy, że musimy poznać tę osobliwą krainę, do której trafiliśmy.

W kwestii wymagań technicznych mamy do czynienia z tytułem, który odpalimy na wszystkim. Świetnie gra się także na handheldach – testowałam rozgrywkę na ROG Ally X oraz Steam Decku i muszę przyznać, że było to bardzo przyjemne doświadczenie. Death Howl nie tylko nie pożera baterii w zastraszającym tempie, ale ma także dobrze przypisane klawisze w bazowej konfiguracji, więc nie trzeba nic kombinować w kwestii sterowania.
Jeśli szukać bólu i wyzwania, Death Howl jest dla Ciebie
Death Howl to wymagająca produkcja dla tych, którzy szukają w grach wyzwań. Jeśli nie przeszkadza wam to, że poziom trudności lubi skakać, a sama pętla rozgrywki skupia się na ciągłym umieraniu oraz kombinowaniu, to odnajdziecie się tutaj bez problemu. Jeśli z kolei wolicie luźniejsz produkcje, to ten tytuł może was solidnie zmęczyć. Warto jednak spróbować swoich sił, bo oprawa wizualna oraz historia są warte poznania.
Zerknij też na to : Code Vein 2 – recenzja gry – Krwawe rozczarowanie czy niedoszlifowany diament?
