Gdy pierwszy raz zobaczyłem zapowiedź tej gry, moją uwagę przyciągnęła przyjemna, niemalże sielankowa estetyka. Gdy pierwszy raz ją odpaliłem, przestraszyłem się, że to port mobilnej produkcji na PC. Gdy pograłem trochę – nie mogłem się od niej łatwo oderwać. Jaka jest zatem gra Towerborne? O tym przeczytacie poniżej.
Kolejna produkcja weteranów Bioware
Towerborne to kolejna produkcja studia Stoic, założonego w 2012 roku po premierze Star Wars: The Old Republic, przez trzech weteranów studia odpowiadającego za tamten tytuł – legendarnego wówczas BioWare. Na swoim koncie mają oni m.in. swoją „grę marzeń”, jaką była The Banner Saga oraz jej dwie kolejne odsłony. Co ciekawe, każda z tych produkcji w serwisie Metacritic jest oceniania na min. 80 punktów. Tym razem jednak strategia turowa ustąpiła miejsca side-scrollingowi kipiącemu akcją, a nordyckie klimaty zamieniły się w fantasy pełne potworów.

Nieśmiertelnym być
Po upadku przepięknego Miasta Liczb ocalali z niespodziewanej katastrofy uchodzą czym prędzej do Dzwonnicy – wysokiej wieży stojącej samotnie pośród ostępów, po których rozpanoszyły się różnego rodzaju potwory. W tym świecie obok ludzi mieszkają także Asowie – nieśmiertelni wojownicy, którzy po porażce trafiają do metafizycznego świata Osnowy, skąd zazwyczaj bez większego szwanku wracają do materialnego Wybrzeża. Czasem jednak mogą po drodze zgubić swoje wspomnienia i w taki właśnie sposób twórcy sprytnie godzą postawienie nas na początku podróży z czystą kartą ze stworzonym przez siebie lore. Oczywiście ludzcy dowódcy na starcie z hordami potworów czy poszukiwania zagubionych transportów znacznie chętniej wyślą nieśmiertelnych, niż zaryzykują cenne życie swoich podkomendnych. Z tego powodu po naszym quasi-powrocie zza grobu niemal od razu ruszamy do bitwy.

W tej talii bohaterów jest czterech Asów
Karciane nawiązanie jest nieprzypadkowe, skoro mamy do czynienia z Asami. Tym bardziej że w trybie wieloosobowym możemy wyruszać na kolejne spotkania z niebezpieczeństwem właśnie w czteroosobowych grupach. Ponadto każdy z graczy może wybrać jedną z czterech klas, najbardziej odpowiadającą jego stylowi rozgrywki. Strażnik niczym klasyczny rycerz wywija mieczem w natarciu, jednocześnie przyjmując część ciosów na tarczę. Piroklasta z maczugą potrafi ognistymi podmuchami utrzymywać wrogów na dystans, najwięcej bólu wrogom zadaje natomiast Głazokruch ze swoimi rękawicami bojowymi, a Cieniocios wyposażony w dwa sztylety szybko znika, by pojawić się za plecami potworów. Natomiast towarzyszące im Umbry jeszcze bardziej podkręcają widowiskowość starcia swoimi różnorodnymi zdolnościami.

W miarę rozsądny rozmiar ekwipunku
W Towerborne każdą z klas bohatera rozwijamy osobno, mimo wspólnego ekwipunku, każda z nich zbiera własne poziomy doświadczenia. Możemy więc wymieniać je niemalże w locie między zadaniami, jednak jeśli nie dbamy o ich równomierny rozwój zazwyczaj zostaniemy z jedną silną i trzema słabszymi postaciami. Spodobało mi się jednak to, że mimo częściowego oddzielenia klas nasza postać podczas eksplorowania świata, rozbijania przeszkód, miażdżenia przeciwników i otwierania skrzynek znajduje elementy wyposażenia przeznaczone dla innych specjalności. Takie rozwiązanie całkiem dobrze współgra z zachęcaniem do zabawy różnymi klasami podczas naszych przygód w Towerborne.
Sam ekwipunek też dostał dużo uwagi od twórców. Oprócz 5 elementów zbroi i jednej broni możemy wybierać także Umbry – sprzymierzone z Asami duszki, które ochoczo współpracują z nami w walce. Ograniczona liczba slotów w ekwipunku nie oznacza niestety małej ilości przedmiotów do zdobycia. Praktycznie każda misja zasypuje nas kolejnymi kopiami, przez co nierzadko mocno poirytowany wracałem do Dzwonnicy w środku wyprawy tylko po to, aby rozebrać je na esencję służącą do ulepszania tych sprzętów, które uznałem za przydatne. Z drugiej strony jednak nawet identycznie wyglądające egzemplarze potrafiły różnić się dodatkowymi statystykami, co powodowało zagłębianie się w kolejne mechaniki gry, m.in. aby znaleźć komplementarne zagrania wśród dostępnych umiejętności.

Graj muzyko (i błyskajcie wybuchy)!
W Towerborne rzucają się w oczy przepiękne pejzaże przewijające się w tle naszych bohaterskich potyczek. Pełne kolorów, niczym malowane pędzlem potrafią cieszyć oko, niezależnie od biomu, do którego zaprowadzi nas przygoda. Dodatkowo wyraziste kontury z lekko przesadzonym cieniowaniem i wielowarstwowe widoki dobrze współgrają z obraną przez twórców perspektywą, dodając jej jeszcze więcej głębi. Trochę pracy wymaga natomiast optymalizacja scen walki, gdyż przy kilku graczach biorących udział w widowiskowej potyczce, gra potrafi momentami zgubić płynność, nieco wytrącając nas z immersji. Momentami to odczucie wzmacniają też zbyt małe elementy interfejsu związane z przeciwnikami. Wokół paska zdrowia ikony statusu walczą o piksele, np. z liczbami odnoszącymi się do zadawanych obrażeń.
Nasze emocje koi na szczęście muzyka, przy której pracował Austin Wintory. W bardzo sprawny sposób łączy ze sobą smyczki i folkowe instrumenty dęte. Nie boi się przy tym, co jakiś moment popłynąć w stronę elektroniki czy perkusji. Do tego każdy typ broni wiąże się z własnym brzmieniem, włącznie z parowaniem ciosów czy odbijaniem pocisków. Na szczęście jednak mimo wszechobecnych odgłosów potworów i walki wszystko zostało zsynchronizowane tak dobrze, że mimo kolejnych misji nigdy nie czułem się przytłoczony.

Przyjemny tytuł na zabawę z przyjaciółmi
Muszę przyznać, że z czasem samotna gra w Towerborne zaczęła trochę nużyć, w tym miejscu przychodzą jednak z pomocą inni gracze przemierzający mapę, których możemy zaprosić do drużyny. Równie dobrze możemy przed wyruszeniem w drogę przyprowadzić też własną ekipę, która znacznie umili czas spędzony na ubijaniu potworów. Postawienie na 2.5 D zdecydowanie urozmaica zabawę, dając każdemu z bohaterów więcej przestrzeni na sianie zamętu i zniszczenia. Ciekawym rozwiązaniem jest też wrzucenie wielu elementów kosmetycznych, które można odblokowywać za walutę, którą otrzymujemy po ukończeniu każdego z zadań. Z jednej strony nie musimy martwić się o wydawanie realnych pieniędzy na upiększenie naszego awatara, ale z drugiej strony zabrakło mi miejsca, w którym te zasoby mógłbym wymienić na oręż z potężnymi statystykami.
Nie zmienia to faktu, że w Towerborne gra się całkiem przyjemnie, jednak jest to zdecydowanie produkcja nastawiona na tryb wieloosobowy. Wtedy niedogodności grindu, powtarzalność map czy niezbalansowani wrogowie odchodzą na drugi plan, a zastępuje je przyjemność ze współpracy z innymi graczami.

Sprawdź także: Stellar Trader – Pierwsze Wrażenia. Kupię taniej, sprzedam drożej i dopadną mnie bandyci

