Przez lata seria Pokémon przyzwyczaiła nas do bardzo konkretnego rytmu. Nowa generacja, nowy region, te same mechaniki i te same ograniczenia, które z każdą kolejną odsłoną coraz mocniej ciążyły na rozgrywce. Pokémon Legends: Z-A powstało w momencie, w którym ta formuła zwyczajnie przestała wystarczać.
Tym razem Game Freak wraca do znanego miejsca, ale zamiast bezpiecznej nostalgii proponuje coś zupełnie innego. Lumiose City staje się centrum całej gry, klasyczny system walki ustępuje miejsca starciom w czasie rzeczywistym, a tempo rozgrywki zostaje wyraźnie przyspieszone. To nadal Pokémony – z całym bagażem swoich dziwacznych niezmiennych mechanik – ale przy tym takie, które po raz pierwszy od dawna naprawdę próbują się w jakiś sposób zmienić. Zaserwować graczom coś niby świeżego…
Po przejściu Pokémon Legends: Z-A od początku do końca mogę powiedzieć jedno: to gra, która nie zawsze trafia idealnie, ale bardzo rzadko idzie na łatwiznę. I właśnie dlatego zasługuje na coś więcej niż pobieżną ocenę.

Lumiose City – jedno miasto, wiele przygód!
Decyzja, by całą grę zamknąć w Lumiose City, była odważna. I przez większość czasu – trafiona. To miasto nie jest tu tylko lokacją. To fundament całej rozgrywki.
Lumiose żyje. Ludzie faktycznie mają tu swoje sprawy, Pokémony kręcą się po ulicach, kawiarnie są pełne, a klimat „miejskiego świata Pokémon” działa zaskakująco dobrze. Ogromnym plusem jest pionowość – dachy, drabiny, skróty, przeskoki między budynkami. Eksploracja w końcu przestaje być płaska i automatyczna, ale nie ma się też co czarować – nie staje się skrajnie ekscytująca i zaskakująca.
Po kilkudziesięciu godzinach czuć jak puste i ograniczone jest Lumiose City. Wild Zones próbują różnicować przestrzeń (kanały, parki, dachy, strefy przemysłowe), ale to wciąż metropolia pełna duchów, płaskich budynków i skrajnej identyczności. Brakuje tutaj tej klasycznej „podróży przez region”, zmiany krajobrazu, momentu świeżości znanego z dawnych odsłon.
Dzień i noc – ciekawa zmiana, która “ciągnie” tę grę
Struktura rozgrywki jest prosta, ale konsekwentna:
- Dzień – eksploracja, łapanie Pokémonów, zadania poboczne, rozwój drużyny.
- Noc – Battle Zones, czyli zamknięte fragmenty miasta, gdzie polujemy na trenerów i wspinamy się w rankingu od Z do A.
To rozwiązanie sprawdza się świetnie przez większość gry, głównie dzięki jednemu elementowi: tempie. Z-A wyrzuca na śmietnik ogrom zbędnych przerw. Przedmioty zbierasz „w biegu”, dialogi nie zalewają ekranu, sprint jest oczywistością, a szybka podróż działa błyskawicznie. Gra w końcu szanuje czas gracza.
Dopiero pod koniec zaczyna się pojawiać lekka powtarzalność – nocne starcia, mimo zmian lokalizacji, zaczynają się zlewać w jeden schemat. To nie psuje gry, ale odbiera jej impet w ostatnich godzinach.

Walka w czasie rzeczywistym – największa zmiana od dekad
Najważniejsza rewolucja to oczywiście system walki. Pokémon Legends: Z-A odchodzi od klasycznej, w pełni turowej struktury i stawia na walkę w czasie rzeczywistym.
Efekt? Walki są:
- szybsze,
- bardziej dynamiczne,
- i po prostu ciekawsze.
Brak PP, sensownie zaprojektowane buffy i debuffy, ataki obszarowe tworzące strefy zagrożenia – wszystko to sprawia, że każda potyczka wymaga aktywności, a nie tylko dobrego doboru typu.
To nadal eksperyment. Po pełnym przejściu gry mogę powiedzieć jasno: system walki bywa kapryśny. Namierzanie przeciwników czasem zawodzi, drobne przeszkody terenowe potrafią blokować ataki, a walka na schodach to momentami czysta loteria. To nie dyskwalifikuje całości, ale pokazuje, że Game Freak dopiero uczy się tej formy.
Rogue Mega Evolutions – powrót do tego co kochamy
Jeśli miałbym wskazać najlepszy element Z-A, byłyby to walki z Rogue Mega Evolved Pokémonami. To momenty, w których gra wchodzi na zupełnie inny poziom.
Fazy starć, obszarowe zagrożenia, konieczność unikania ataków sprintem i przewidywania ruchów przeciwnika – tu naprawdę liczy się refleks i decyzja, a nie tylko liczby. Te pojedynki są intensywne, zapadają w pamięć i pokazują, jak ogromny potencjał drzemie w tym kierunku rozwoju serii.

Fabuła – no po prostu jest
Historia w Pokémon Legends: Z-A jest poprawna. Nie próbuje być czymś więcej, niż powinna. Prowadzi gracza przez kolejne etapy, momentami potrafi mrugnąć okiem, ale nie zostaje w głowie na długo.
To narracja funkcjonalna – i w tej grze to wystarcza. Zresztą nie oczekujmy tutaj jakiegoś szału, bo na koniec dnia, w Pokemonach chodzi o Pokemony, a nie porywającą fabułę.
Tak, chciałbym, żeby było inaczej, ale come on – już się nie oszukuję i nie mydlę sobie oczu na siłę. Za stary na to jestem.
Technicznie – w końcu stabilnie, ale bez zachwytów
Na nowszym sprzęcie Z-A działa płynnie, w 60 klatkach, z niemal natychmiastowymi loadingami. Po problemach wcześniejszych odsłon to ogromna ulga.
Graficznie jednak wciąż widać kompromisy. Tekstury są proste, budynki płaskie, animacje nierówne. Lumiose nadrabia klimatem i ruchem, ale wizualnie to nadal nie jest poziom, jakiego można by oczekiwać od marki takiego kalibru.

Ważniejsza niż „kolejna dobra odsłona”
Po przejściu całości mogę powiedzieć jedno: Pokémon Legends: Z-A to nie jest idealna gra, ale to jest właściwa gra na właściwy moment.
To tytuł, który:
- przyspiesza serię,
- upraszcza ją tam, gdzie była niepotrzebnie ociężała,
- i odważnie testuje nowe rozwiązania.
Nie wszystko działa perfekcyjnie, ale wolę takie Pokemony – trochę inne, odważniejsze, ale przy tym czerpiące z tego co kochali fani w poprzednich odsonach – niż kolejną bezpieczną taką samą grę jak zawsze.
Jeśli następna generacja wyciągnie wnioski z Z-A, to naprawdę możemy być świadkami najlepszego okresu serii od bardzo dawna.
