MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Czy jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać? – recenzja gry Life is Strange: True Colors

Trzecia główna część popularnej serii epizodycznych przygodówek. Life is Strange: True Colors zostało stworzone przez studio Deck Nine, autorów Life is Strange: Before the Storm, i wydane przez sprawującą pieczę nad marką firmę Square Enix.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Poznajmy się

Muszę przyznać, że takie interaktywne filmy to nie jest mój ulubiony gatunek gier. Nie zmienia to jednak faktu, że raz na jakiś czas lubię się odprężyć przy takiej produkcji. Cieszę się, że tym razem Square Enix postanowiło wydać wszystkie epizody za jednym zamachem. Nie jestem fanem takiego rozwiązania, że dostajemy jeden odcinek raz na parę miesięcy. Po takim czasie człowiek zapomina, co się działo i jakich wyborów dokonał, a jednak w takiej grze jest to dość istotne.

W tej odsłonie wcielamy się w postać Alex, która obdarzona jest zdolnością pozwalającą jej odczytywać i odczuwać emocje innych osób, a także manipulować nimi. Dziewczynę poznajemy, gdy przyjeżdża ona do miasteczka Haven Springs, żeby spotkać się ze swoim bratem. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak ładnie i przytulnie to miasteczko wygląda. Nie jest duże i bardzo dobrze, bo spędzimy tutaj praktycznie całą grę i przy okazji nie będziemy się gubić.

Z racji tego, że jest to mała mieścina, nie zamieszkuje jej też wiele osób. Dzięki temu twórcom udało się wykreować różnorodne i zapadające w pamięć postacie drugoplanowe. Każda z nich ma jakiś problem, który będziemy mogli rozwiązać.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Pozorne wybory

Właśnie na tym skupia się w głównej mierze pierwszy rozdział. Na poznawaniu ludzi. Zwiedzamy malowniczą górską wioskę i rozmawiamy. Dużo rozmawiamy. Scenarzyści przygotowali całą masę różnych ścieżek dialogowych, również takich ukrytych, które odblokują się w zależności od tego, jakich dokonamy wyborów oraz poprzez eksplorację świata.

Jednakże szybko zdamy sobie sprawę, że nasze wybory są dość pozorne i odniosłem wrażenie, że nie mają długofalowych skutków. Wszystkie decyzje zamykają się w obrębie jednego rozdziału. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że te odblokowane opcje dialogowe są podkreślone. Trochę robi to z Life is Strange taki bezmyślny klikacz, bo nie musimy się zastanawiać, co mamy wybrać, bo ta ważna opcja jest wyróżniona.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Empatia to klucz do zrozumienia człowieka

Przejdę od razu do mocy Alex i pomagania mieszkańcom. Nie mogę odmówić scenarzystom bardzo dobrze napisanych postaci i wzruszających wątków. Chyba najbardziej mnie dotknęła historia Charlotte oraz Duckiego. Nie powiem, uroniłem łezkę. Ale znowu pomaganie im polega na wejściu do wspomnień, znalezieniu obiektów w pomieszczeniu, które są podświetlone, żebyśmy przypadkiem niczego nie pominęli. Jestem w stanie zrozumieć, że twórcy chcą sprawić, żeby produkcja była bardziej przystępna, ale w grze, która polega głównie na dialogach, to takie sugerowanie graczowi, co jest ważne, burzy całą tę magię.

Osobiście jestem pod ogromnym wrażeniem, jaka chemia jest między Alex i jej bratem Gabem. Od razu czułem, że jest między nimi jakaś więź. Polubiłem chłopaka od razu, jak się tylko pojawił. Potem poznajemy jeszcze Ryana i Steph, którą możecie znać z Life is Strange: Before the Storm. Oni również są niesamowicie sympatycznymi postaciami. Z nimi wiąże się jeszcze jedna kwestia. Możemy wejść z jednym albo drugą w poważniejszą relację.

Ale znowu będę narzekał, bo akurat to jest dla mnie bardzo dziwne. Jako przyjaciele – spoko, świetnie się dogadują, ale totalnie nie czułem, żeby mieli się ku sobie. I ponownie, to czy będzie romantyczne spotkanie na dachu, zależy od tego, komu pięć minut wcześniej damy różę. Jak już, to taki obrót wydarzeń powinien wynikać z całej fabuły gry, a nie tylko jednego prostego wyboru.

Podobnie jest z zakończeniem. To akurat jest problem nie tylko tej części Life is Strange. Dlaczego mogę sobie wybrać, jakie zakończenie chcę? Nie! To również powinna być kwestia moich decyzji na przestrzeni całej rozgrywki, a nie po prostu wybór.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Nierówne tempo

Tempo jest tu mocno nierówne. Pierwszy rozdział to poznawanie ludzi, ale to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, bo od czegoś musi zacząć się tragedia. Fajne jednak jest polubić bohaterów, zanim zacznie nam na nich zależeć. W drugim coś się zaczyna dziać, klaruje nam się fabuła, wiemy, z czym będziemy się mierzyć.

Trzeci natomiast to jeden wielki filler totalnie nic nie wnoszący. Jakby sam w sobie nie jest zły, bo jest ciekawie zrealizowany i nie mogę powiedzieć, że nie bawiłem się dobrze. Ogólnie chodzi o to, że w miasteczku rozgrywa się Larp i bierzemy w nim udział. Jednak szanujmy się, można było lepiej spożytkować ten czas. Od tego momentu fabuła musi gnać do finału, ponieważ dostaliśmy dużo pytań, więc trzeba poznać na nie odpowiedzi. Potem właśnie wszystko bardzo szybko się rozwiązuje. Samo w sobie zakończenie jest ciekawe, można się domyślać, kto stoi za wszystkim, co się działo. Nie będę zgrywał tego mądrego, ja wpadłem na rozwiązanie jakieś 2 minuty przed całym ujawnieniem sprawcy. Taki ze mnie detektyw.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Pięknie wizualnie i miód dla uszu

Wizualnie jest pięknie. Już wspominałem, że miasteczko jest cudownie zaprojektowane. Cieszę się, że twórcy zostali przy takiej stylizowanej grafice, bo muszę przyznać, że się wyróżnia. Widzę screeny z gry i wiem, że to Life is Strange.

Chociaż, niestety, nie obyło się bez błędów. Nie jest to nic, co zepsułoby mi rozgrywkę, no i zdarzyło się tylko raz. Wchodzę sobie do baru i jest ciemno, i wszystko jest jakieś takie rozmyte/niewyraźne. Myślałem, że tak może ma być, ale nie, okazało się, że się nie doczytały tekstury. Wystarczyła zmiana ustawień na niższe i z powrotem na docelowe, i wszystko się naprawiło.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Muzyka też stoi na wysokim poziomie i idealnie komponuje się z malowniczym górskim miastem. Lubię takie miejsca, w których gra pozwala mi gdzieś usiąść i podziwiać widoki, a w tle zaczyna grać muzyka, dodająca klimatu całej scenie. Niestety, nie możecie usłyszeć tego obrazka, ale musicie mi uwierzyć na słowo.

Screen z gry Life is Strange: True Colors

Ponarzekałem, ale nie jest źle

Trochę mi się ponarzekało, ale taka praca. A tak na serio, to fabularnie jest świetnie. Wkręciłem się totalnie i pragnąłem pomóc bohaterom miasteczka uporać się z ich demonami, bo każda z historii była na swój sposób interesująca. Także chciałem poznać, kto jest ,,tym złym”, bo to też nie dawało mi spokoju, a motywacja jest mocna. Głównie mam zastrzeżenia do niektórych rozwiązań gameplayowych, które mogłyby być bardziej angażujące niż tylko podążanie za zaznaczonymi elementami. Domyślam się, z czego to może wynikać. Dzięki temu zabiegowi produkcja będzie bardziej przystępna dla osób, które nie grają aż tyle, ale będą chciały poznać historię w Haven Springs w tym interaktywnym filmie. Jednak dla bardziej doświadczonych graczy może być to uciążliwe, takie prowadzenie za rękę. Niemniej, polecam grę fanom Life is Strange oraz tego gatunku, bo nie zawiedziecie się głównym wątkiem.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ