The Company Man – recenzja gry. Trochę fakap

Wypadałoby sobie zrobić lekką przerwę od horrorów, prawda? W końcu ograłem jakiś czas temu Fobię oraz Oxide, więc gdy Naczelnik zarzucił The Company Man, stwierdziłem, że czemu nie. Na zwiastunie gierka zapowiadała się ciekawie – heheszki z korpo, kolorowa kreskówkowa oprawa, w dodatku platformer 2D. Przecież nie może być źle, prawda?

The Company Man – recenzja gry. Trochę fakap

Po trupach do celu

Jim nie ma lekkiego życia – na dzień dobry podpada przełożonym, przez co zostaje zdegradowany do pracownika najniższego szczebla. Niewiele się zastanawiając, postanawia wszystkim utrzeć nosa i zostać CEO firmy. W tym momencie rozpoczyna się jego szalony wyścig szczurów, w którym będzie piąć się po szczeblach kariery, siejąc przy tym popłoch w kolejnych działach. Tak w dużym skrócie prezentuje się fabuła. Co zatem z rozgrywką?

Screen z gry The Company Man

Keyboard Warrior

The Company Man to klasyczny do bólu dwuwymiarowy platformer. Biegamy, skaczemy, tłuczemy przeciwników po głowach klawiaturą. Ta zresztą posiada również ataki dystansowe, które zdobywamy po kolejnych pokonanych bossach. Wszystko wydawałoby się całkiem normalne i całkiem standardowe jak na ten gatunek. I tak jest. Problem tylko w tym, że nie wszystko do końca zostało zrealizowane, tak jak powinno. Zanim jednak zacznę narzekać, chciałbym omówić pozytywne aspekty tej produkcji. Na pewno zaliczyć do nich możemy grafikę – ta jest ładna, kolorowa, mocno stylizowana na kreskówkową oprawę. Udźwiękowienie… Nie przeszkadza, ale też nie zachwyca i właściwie tyle można o nim powiedzieć. Bardzo odczuwałem brak jakiegokolwiek voice actingu (poza bliżej niezidentyfikowanym mamrotaniem), przez co prawdopodobnie część humoru, którym gra jest naszpikowana, po prostu uleciała. Zakładam, że to kwestia budżetu, więc jestem w stanie to jakoś usprawiedliwić.

Screen z gry The Company Man

Korposzczur płakał jak czelendżował

Za to za żadne skarby świata nie jestem w stanie usprawiedliwić złego designu poziomów i mechanik rządzących grą. Co do leveli – są po prostu nudne i puste. Wiele razy zdarzyło mi się biec w grze przed siebie przez dobrych 10-15 sekund nim napotkałem pierwszą przeszkodę. Najczęściej było to podwyższenie terenu, ewentualnie platforma, a zaraz po niej kolejny nużący bieg w dal. Od czasu do czasu trafi się jakaś przepaść czy inne przeszkadzajki, aczkolwiek jest ich jak na lekarstwo. Podobnie jest z checkpointami – trafiają się sporadycznie i w strasznie dużej odległości od siebie, co potrafi frustrować, szczególnie w ostatnim levelu, gdzie trzeba przebyć 1/3 mapy, aby znaleźć kolejny.

Prędzej napotkamy przeciwnika lub kilku na swojej drodze, których trzeba będzie zdzielić w łeb – i tutaj należy się kolejny plusik za różnorodność i fakt, że na każdym etapie ich roster się zmienia. Niestety, do samej walki też mam pewne zastrzeżenia, czy bardziej do decyzji, które zostały podjęte przez twórców. Znaczną część oponentów możemy bez przeszkód zignorować, co niekoniecznie może być dobrym pomysłem, ponieważ za ich pokonanie zdobywamy monety, które później możemy wydać na różne ulepszenia. Jeśli jednak to zrobimy, to w pewnym momencie gra stwierdza, że nie, tego tutaj gościa nie możesz pominąć, ponieważ powody i tworzy coś na kształt mini areny, skutecznie odcinając nam drogę ucieczki. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Widocznie Bóg tak chciał.

Screen z gry The Company Man

Na końcu każdego levelu czyha na nas boss – no i spoko, do walki z nimi nie mam absolutnie nic, potrafią stanowić wyzwanie i w niektórych przypadkach potrzeba kilkukrotnego podejścia, aby wyłapać wszystkie zagrania. Nie rozumiem za to jednej rzeczy: przez całe te lata grania, jakie mam na swoim koncie, platformówki nauczyły mnie dwóch rodzajów takich potyczek.

Pierwszy, uciekamy przed ciosami i gdy przeciwnik wyczerpie swój move set, wtedy walimy mu fangę w nocha. Całość powtarzamy trzy razy i możemy szczycić się zwycięstwem.

Drugi, zbijamy pasek życia tak długo, aż padnie trupem.

W tym przypadku mamy do czynienia z opcją nr 2, z tą różnicą, że żadnego health baru nie uświadczymy. Nazwijcie mnie czepliwym, ale strasznie mnie drażnił fakt, że nie wiadomo jak długo jeszcze trzeba się użerać z bossem. Pierdoła, ale według mnie dość istotna.

Jako swoistą wisienkę na torcie zostawiłem na koniec kwestie techniczne. Gra kilka razy potrafiła mi się zawiesić na dobre 10 sekund – ot, tak po prostu, bo podskoczyłem i zdzieliłem jakiegoś dziada w baniak. W tak zwanym międzyczasie The Company Man postanowiło mnie zabić w nagrodę, o czym przekonywałem się po fakcie. Dodatkowo, pierwszy raz w życiu spotkałem się z zepsutymi trofeami. To znaczy, jasne, zdobywałem je co rusz, jednak z jakiegoś powodu nie ma do nich dostępu z poziomu konsoli czy apki mobilnej – albo gierki nie ma na liście, albo sypie błędem.

Screen z gry The Company Man

Short ball: fakap

I o ile bugi da się poprawić patchem, tak niestety nikt nie przebuduje tej produkcji na nowo. Nie jest może ona wybitnie zła, ale też nie powiedziałbym, że jest dobra. Koniec końców wyszedł z tego średniak. Średniak, który miał pomysł na siebie, lecz cały potencjał został zmarnowany przez dziwaczny design. Szkoda.

Podziel się ze znajomymi:

Udostępniam
Udostępniam
Udostępniam

NAJNOWSZE WPISY

O NAS:

Chcesz być na bieżąco, a nawet wiedzieć więcej o grach, komiksach, serialach lub filmach? GraPodPada.pl jest miejscem, gdzie znajdziesz informacje tworzone przez pasjonatów dla… graczy, czytaczy i oglądaczy ! Reprezentujemy różne opinie, patrząc na popkulturę z wielu perspektyw! Dlatego codziennie spodziewaj się treści wysokiej jakości i odnajduj interesujące Cię recenzje i informacje. Grasz w to? GraPodPada.pl to miejsce dla Ciebie… to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected]