MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Gambit skandynawski. „Loki” – recenzja czwartego odcinka serialu

Czwarty Loki to odcinek-paradoks. Potwierdza słuszność niektórych moich obserwacji, jednocześnie bezlitośnie wytykając mi błędy. Jak to możliwe? Otóż jest niepodważalnym dowodem na wyższość cotygodniowego dawkowania serialowej opowieści ponad masowym bingwatchingiem. A, że „metodę Netflixa” staram się krytykować wszędzie, gdzie tylko chcą słuchać, zyskałem kolejny argument. To, jaki przeskok jakościowy wykonało w swej produkcji Marvel Studios na przestrzeni zaledwie siedmiu dni, można docenić tylko wtedy, gdy rzeczywiście obserwujemy tę historię zgodnie z harmonogramem premier. Moim błędem natomiast było powątpiewanie w potencjał postaci Sylvie, do której zarzuty mogłem mieć przy wycieczce na Lamentis-1, ale zostało to mi wynagrodzone w odcinku The Nexus Event. Czyżbym dał się złapać w pułapkę twórców, którzy uśpili moją czujność spadkiem formy w odcinku trzecim, tylko po to, by wytrącić mi z ręki argumenty przy kolejnym spotkaniu?

Kadr z serialu Loki

Gra w szachy warcabami

Zanim wrócimy do TVA i zacznie się fabuła właściwa odcinka, dostajemy ciąg dalszy losów Lokiego i Sylvie, którzy utknęli na Lamentis-1 na parę chwil przed apokalipsą. Otrzymujemy naprawdę wspaniale zrealizowaną sekwencję końca fioletowej planety, która na poziomie zwiastunów wydawała się  być powrotem na Vormir i rozmową z Nataszą. Jeśli tego właśnie się spodziewaliście (jak zresztą i ja), to muszę Was rozczarować – to tylko Loki i jego kobiecy wariant podziwiają kolejny armageddon. W Infinity War mogliśmy zobaczyć, jak podirytowany Thanos zrzuca na Avengers odczepiony z orbity księżyc, a tu mamy podobny motyw, tylko oglądany z pierwszego rzędu. Za chwilę, już, zaraz, życie planety dobiegnie końca, a wraz z nim losy naszego duetu psotników. Gdyby to był finał sezonu, może i na tym by się skończyło, ale póki jeszcze dwa odcinki przed nami, ratunek przybywa w ostatniej chwili, a naszych czasoprzestrzennych zbiegów czeka zasłużona kara z rąk agentów TVA.

A jeśli wraca TVA, to do fabuły chwalebny powrót zalicza Wilsonowy Agent Mobius, moje największe marvelowe zaskoczenie ostatnich lat, a wraz z nim naprawdę solidne dialogi. Nie ma już mdłych metafor o sztyletach, które są jak miłość i innych atrakcji, na które przewracałem oczami podczas seansu odcinku trzeciego. Jest za to słowna szermierka, psychoanaliza zakochanego w samym sobie Psotnika i moja ulubiona metafora, która pięknie oddaje całą tę relację – grającego w warcaby Lokiego, który dopiero zaczyna pojmować Świetą Oś Czasu i weterana potyczek szachowych w osobie Mobiusa, który poświęcił całe swoje życie, by ją ochraniać. Doprawdy, to, jaką aktorską chemię posiada ta dwójka, jest nieosiągalne dla żadnego innego aktorskiego duetu w tym serialu. Domagam się spin-offu „Loki & Mobius – Agents of Time” w trybie natychmiastowym! Ale to nie jedyny postęp, jaki ten serial zaliczył względem poprzedniej odsłony, wszak nareszcie pazury pokazuje Sylvie.

Kadr z serialu Loki

Narcystyczne samouwielbienie

Będąc w tym serialu praktycznie od samego początku, wszak tuż przed napisami końcowymi odcinka pierwszego, gdzie pojawiła się jako Postać W Kapturze, Sylvie nie miała pola do popisu. Jak dla mnie, w epizodzie drugim jej tożsamość służyła jedynie jako największy zwrot akcji, podczas gdy cały potencjał tej postaci zmarnowano na przeciętnej jakości debaty w trzeciej odsłonie. Gdzie jest Loki w tej Sylvie, się pytam?! A Marvel odpowiada, zwlekając aż do tego odcinka. Mamy nareszcie narracyjną podbudowę tej postaci, poznajemy motywy, które kierują jej krucjatą przeciwko TVA, dzięki czemu staje się pełnokrwistym bohaterem opowieści, a nie jedynie fabularnym narzędziem do wygłaszania ekspozycji. Widząc Sophie Di Martino w opozycji do innych, niż Tom Hiddleston aktorów, nareszcie uwierzyłem, że to jest alternatywna wersja Lokiego. Mimika, zachowanie, tendencja do bycia najsprytniejszą osobą w pokoju – wszystko to było widoczne, tym samym potwierdzając słuszność castingowego wyboru.

Mimo że zgrzytały mi zęby dość mocno, gdy wątek Sylvie i Lokiego zaczął niebezpiecznie skręcać w rejony przedziwnego love story, muszę przyznać, że Marvel Studios bardzo umiejętnie wciskało pauzę, gdy poziom słodyczy zbliżał się do napiętej do granicy tolerancji skali. Obyło się bez festiwalu czułostek, co szczególnie gryzło podczas wykładu o miłości w poprzednim odcinku, a idealnym podsumowaniem tego wątku była reakcja agenta Mobiusa na te uczuciowe rewelacje, który wątek ten skwitował z typową dla siebie mieszaniną kpiny i pogardy. Co tu dużo kryć, Loki zakochany w samym sobie to idealne podsumowanie postaci boga psot. Prawdziwy marvelowy Narcyz.

Kadr z serialu Loki
Kadr z serialu Loki

Dym i lustra

Gdyby w każdym serialu trzeci odcinek usypiałby równie skutecznie, jak czwarty podnosił ciśnienie, osiągnęlibyśmy jako ludzkość poziom niemal utopijny. Nie ma w tym grama przesady, bowiem fabuła Lokiego tym razem pędzi na złamanie karku, zastępując jeden zwrot akcji kolejnym, a wszystko to po to, by widza zostawić z jeszcze większą ilością pytań, niż oferowanych odpowiedzi. By nie być gołosłownym, ale też nie zdradzając niczego, wspomnę tylko, że serial zalicza cameo jednej z dawno niewidzianej w MCU postaci, a losy tych bohaterów, których zdążyliśmy już poznać i polubić, wywracają się do góry nogami. Niczego więcej nie ujawniam, by nie psuć niespodzianki potencjalnym widzom, ale ten odcinek sprawił, że bez wątpienia siedziałem przed ekranem z miną znanego z memów zdziwionego Pikachu co najmniej kilka razy.

Marvel Studios umie w budowanie napięcia, więc gdy w kluczowym momencie fabuły docieramy do rozwiązania zagadki, która trawiła zarówno widzów, jak i bohaterów, odpowiedzi, które otrzymujemy, mogą wywołać opad szczęki. Moja żuchwa wciąż trzyma się mocno, ale nie jestem pewien, czy na finałowe dwa odcinki nie umówić profilaktycznie wizyty u ortodonty. Nareszcie doczekałem się w Lokim cliffhangera z prawdziwego zdarzenia. Poprzednie odcinki, a szczególnie trzeci, nie dostarczyły w tym aspekcie materiału do fanowskiej ekscytacji, czego absolutnie nie mogę zarzucić czwartej odsłonie tej opowieści. Iluzje, które twórcy tkali od samego początku opadły, dym maskujący magiczne oszustwa się rozwiał, a lustra, ostateczną broń każdego poczatkującego magika, popękały z głośnym trzaskiem. Wszystko już wiemy, ostatecznie nie mając najmniejszego pojęcia, czego możemy się spodziewać. Cała fabuła postawiona na głowie

Kadr z serialu Loki

U wrót multiwersum

Gdy ktoś czytał moje rozważania odnośnie czwartej fazy MCU, powinien wiedzieć, że po „Lokim” spodziewałem się otwarcia tego uniwersum na potencjał wieloświatów. Póki co, poza personą Sylvie, nie otrzymałem nawet namiastki tego potencjału. Być może to tylko myślenie życzeniowe, a może po prostu za dużo sobie obiecywałem po produkcji, która jest idealna do zabaw z alternatywnymi rzeczywistościami. Tymczasem, odcinek skończył się tak, że cała armia memicznych Pikachu by nie wystarczyła, by oddać reakcję oglądającego, a to i tak nie był koniec atrakcji, które twórcy dla nas zaplanowali. Między napisami czai się bowiem króciutka scena, która bezdyskusjnie może aspirować do miana jednego z najlepszych afterków w produkcjach MCU i składa mi tym samym obietnicę, że na Multiwersalne Szaleństwo niekoniecznie będę musiał czekać do premiery drugiego Doktora Strange’a. Póki co, zaczynam odliczać siedem dni do premiery odcinka numer pięć.

I Wam polecam dokładnie to samo.

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ