Od fanów dla fanów. "Daymare 1998" – recenzja gry

Gatunek horrorów, a w szczególności survival horrorów jest mi dość bliski –  w końcu Residenty, Silent Hille i inne same się nie przeszły. Niestety, od jakiegoś czasu w tym gatunku jest dość mocna posucha. Dlatego od razu zacząłem śledzić losy Daymare 1998, gdy tylko pojawiły się jej pierwsze zapowiedzi. Niecały rok po Steamowej premierze ukazała się wersja konsolowa. Niewiele myśląc, pognałem po swój egzemplarz do lokalnego sklepu z grami. Czy się zawiodłem? Cóż…

Całe badania trafił szlag

Czym jest w ogóle Daymare 1998 i o czym opowiada? Jest to survival horror z fabułą prostą jak konstrukcja cepa. Ot, jest sobie miasteczko Keen Sight gdzie korporacja Hexacore Biogenetics w super hipertajnym ośrodku badawczym przeprowadza eksperymenty. Jednak, jak to bywa w takich sytuacjach, coś poszło nie tak, całe badania trafił szlag i wszyscy (no prawie) zamienili się w zombiaki. Na miejsce zdarzenia przybywa elitarna jednostka H.A.D.E.S., aby sprawdzić co też tam się wydarzyło i zabrać próbkę wirusa. Brzmi okrutnie sztampowo i jakoś nieprzyzwoicie znajomo, prawda? Nie ma co się dziwić, w końcu studio odpowiedzialne za ten tytuł, mianowicie Invader Studios, próbowało wcześniej stworzyć Resident Evil 2 Reborn, czyli remake klasycznej odsłony na silniku Unreal. Bogatsi o tęwiedzę, możecie przypuszczać, że nawiązań do serii RE będzie znacznie więcej. Zresztą nie tylko do niej, ale to już pozostawię Wam do odkrycia.

Wracając jednak do fabuły – wcielimy się w 3 bohaterów. Dwóch pierwszych to komandosi H.A.D.E.S.’u. Liev – typowy badass, który najpierw strzela, potem zadaje pytania. Kolejnym jest Raven – typek, który nadal posiada jeszcze ludzkie odruchy. No i jeszcze zostaje nam Sam – leśniczy cierpiący na tzw. „Daymare Syndrome”, przez co miewa dość niepokojące halucynacje, jeśli nie bierze leków.

Screen z gry Daymare 1998

Mógłbym się przyczepić…

Przejdźmy do samej gry. Na wstępie muszę zaznaczyć pewną rzecz – grafika jest ostatnim aspektem na jaki zwracam uwagę w grach, dlatego też nie będę się zbytnio o niej rozpisywał. Jest przyzwoicie. Lokacje nie straszą wyglądem, ba, mogą się nawet spodobać, gra świateł też daje radę, a sam design postaci czy potworów też do najgorszych na świecie nie należy. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to wygląd twarzy bohaterów. Matko święta, jakie to jest okrutnie złe. Kojarzycie, jak wyglądały przygodówki z lat 90.? Jeśli nie to zobaczcie sobie jak wyglądała twarz głównej bohaterki z D na PS1/Saturna. Na szczęście to koniec mojego marudzenia w tym temacie.

Precyzja co do milimetra

A jak się w to gra? Całkiem dobrze. Strzelanie jest przyjemne (shotgun robi robotę), aczkolwiek dla niektórych może być trudne lub niewygodne. Jeśli graliście w Residenta 4 lub 5 to już wiecie czego możecie się spodziewać. Tak, zdecydowanie liczy się tutaj precyzja co do milimetra. Co niektórych może również wkurzać mechanika przeładowywania broni. Musimy wcześniej załadować magazynki amunicją z poziomu D.I.D. (ustrojstwo podobne do Pip-Boya z Fallouta). Dopiero po tym możemy przeładować giwerę, i to na dwa sposoby: szybko (upuszczając przy tym pusty magazynek – przy czym należy pamiętać, aby go później zebrać, bo tych jest jak na lekarstwo), lub w wolniej (ale nie tracąc przy tym pustego magazynku). Podbija to nieco poziom trudności, bo jeśli zawczasu nie przygotujemy się do walki, a za rogiem wyskoczy na nas grupa zombie, to jesteśmy za przeproszeniem, w czarnej D…

Do tego dochodzą zagadki logiczne i hakowanie, za które należy pochwalić twórców. Jasne, może część z nich jest oklepana (kręcenie zaworami przy rurach), ale też potrafią zaskoczyć i przyprawić o ból głowy (okropna grecka klawiatura!). Tutaj zdecydowanie na plus.

No i mamy oczywiście wszelkiego rodzaju znajdźki, od figurek jeleni do zestrzelenia (tak, skoro Racoon City miało szopa jako symbol, to Keen Sight ma urocze jelonki), przez audiologii, po notatki. Z tymi ostatnimi mam mały problem, bo niestety nie wszystkie są do przeczytania „od ręki”. Aby przeczytać zdecydowaną większość z nich, musimy udać się na stronę stworzoną na potrzeby gry i tam wpisać odpowiedni kod widoczny na notatce. Niby dodaje to klimatu i imersji, bo wygląda ona jak żywcem wzięta z lat 90., ale na dłuższą metę strasznie męczy i jest zwyczajnie w świecie upierdliwe.

Screen z gry Daymare 1998

Oklepana fabuła przemielona miliony razy

A skoro mowa już o klimacie. Oj… Musimy sobie uświadomić jedną rzecz – Daymare: 1998 jest hołdem dla lat 90., ze wszystkimi jego plusami, jak i minusami.

– Liczne nawiązania popkulturowe? Są!

– Oklepana fabuła przemielona miliony razy na różne sposoby? Jest!

– Przejaskrawieni, stereotypowi do bólu i kontrastujący ze sobą bohaterowie? Są!

– Klimatyczna muzyka? Jest!

– Fatalny voice acting w dziwny sposób pasujący do postaci? No ba!

Tak, głosy są złe, ale w ujmujący sposób. Coś jak w teenage slasherach. Niby wiesz, że protagonista cierpi, bo, no nie wiem, zabito mu żonę, a z jej flaków zrobiono świąteczne ozdoby, jest wściekły i rozgoryczony, pragnie dokonać zemsty, ale słysząc to nie możesz powstrzymać się od chociażby delikatnego uśmieszku pod nosem. I szczerze mówiąc, ciężko mi powiedzieć czy była to intencjonalna decyzja, czy też nie, ale wyszło to komicznie kiepsko. Czyli tak jak powinno w tym przypadku być.

Ze strzelby w twarz

Oczywiście, nie jest to produkcja idealna i ma swoje błędy czy też niedociągnięcia. Ot, gra potrafi klatkować. Co prawda nie zdarza się to często, bo porządne chrupnięcie zdarzyło mi się może ze dwa razy, no ale jest i grom wie czemu. Do tego animacje zombiaków są strasznie zabawne, szczególnie w momencie, gdy szarżują. Serio, nieraz się zaśmiałem, widząc jak jedna z trudniejszych do zabicia poczwar na mnie „biegnie”. Żeby Wam to jakoś ładnie nakreślić… Wyobraź sobie drogi czytelniku, że do nóg masz przywiązane bambusowe kije, zaś do rąk kątowniki. Postawa iście prawilna i groźna, chociaż wyjątkowo zabawna przy szybszym poruszaniu. Czasem też jakiemuś niemilcowi ręka wystaje przez ścianę, a nawet potrafi przez nią cały przeniknąć. Bywa też tak, że z totalnie niewyjaśnionych przyczyn, gra nie zalicza strzału w przeciwnika. Z odległości metra. Ze strzelby. W TWARZ. Wkurza to niemiłosiernie, jednak na szczęście przytrafia się rzadko. Mimo wszystko nie powinno mieć to miejsca, szczególnie w survival horrorze, gdzie każdy pocisk jest na wagę złota. W tych aspektach wychodzi niestety na jaw budżetowość gry.

Screen z gry Daymare 1998

Jak film klasy B z kaset VHS

Pomimo powyższych błędów bawiłem się z Daymare: 1998 naprawdę świetnie. Klimat chłonąłem na każdym kroku jak gąbka, smaczki cieszyły oko, a fabuła, mimo że klisza goni kliszę, serio mnie wciągnęła. Czy mogę polecić Daymare: 1998? Jeśli tak jak ja, jesteś głodny horrorów w każdej postaci, wychowywałeś się na filmach klasy B z kaset VHS, tęsknisz za „starymi dobrymi Residentami” to zdecydowanie tak! Mam nadzieję, że będziesz równie zachwycony/zachwycona jak ja.

Jeśli jednak nie jesteś w stanie znieść średniej grafiki i paskudnych gęb, braku wartkiej akcji, sztampowości, to sobie odpuść, szkoda Twojego czasu.

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ