MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Bez Drogi Dom, czyli rzecz o tym, dlaczego wciąż nie dostaliśmy zwiastuna No Way Home

Spider-Man – Bez drogi do domu nie trafi do kin w 2021 roku. Bang, stało się. Poszło w eter, nie ma odwrotu. Rozliczycie mnie z tej przepowiedni już w grudniu, ale wszystkie znaki, jak multiwersum długie i szerokie, sugerują, że na kolejne spotkanie ze Spider-Hollandem przyjdzie nam poczekać dłużej, niż zakłada to aktualny kalendarz premier filmowych. I nawet nie wiecie, jak bardzo bym się chciał w tej kwestii mylić, wszak nie ma w najbliższym czasie produkcji, na którą bardziej czekam. Chyba, że czwarty Thor, albo drugi Strange. Ale to i tak tematy odleglejsze, niż zwieńczenie kolejnej pajęczej trylogii. Niemniej, brak najkrótszego choćby teasera (na cztery miesiące przed planowaną pierwotnie premierą) pokazuje, że Sony Pictures Entertainment zaciągnęło ręczny zanim jeszcze kampania reklamowa tego filmu na dobre się rozpędziła. Mało tego, moim zdaniem ma ku temu solidne podstawy, a co więcej – te oszczędne w środkach działania mają więcej sensu, niż niejeden fan byłby w stanie przyznać.

Splątane sieci

Nie da się ukryć, że marvelowy Pajęczak jest jednym z najpopularniejszych superherosów. Może i Superman z Batmanem są bardziej ikoniczni, wryli się w popkulturę czuwając przy stawianiu fundamentów komiksowego medium, ale jeżeli Dom Pomysłów miał kiedykolwiek swoją pomnikową postać o niesłabnącej popularności – byłoby to alter ego Petera Parkera. To właśnie pierwszy Spider-Man (2002) rozpoczął na dobre erę nowożytnych ekranizacji komiksowych. Owszem, X-Men (2000) z kultowymi po dziś dzień castingami Hugh Jackmana, Ian McKellena, czy Patricka Stewarta, dzierżą palmę pierwszeństwa w hollywoodzkim kalendarium, ale był to film, gdzie obrazkowy rodowów postaci był skrywany pod czarnymi uniformami, a zarówno skala opowieści, jak i jakość realizacyjna, nie mogła się równać z historią o wielkiej mocy i opowiedzialności z Tobeyem Maguirem pod charakterystyczną maską. Można całej trylogii Sama Raimiego (2002, 2004 i 2007) sporo zarzucić, ale bez wątpienia produkcje te przetarły celuloidowe szlaki całej armii herosów w trykotach, z postaciami rodem z MCU włącznie.

Spider-Man 3 (2007) okazał się być sporym zawodem, co było szczególnie dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę udział w tym filmie Venoma, czy Sandmana – naprawdę ikonicznych przeciwników Ścianołaza. Na jaw szybko wypłynął konfikt reżysera ze studiem, które to naciskało na większą widowiskowość projektu. Z czasem stało się to niestety niechlubną wizytówką filmowego odddziału Sony, a ofiarą takich praktyk został m.in. zapowiedziany już czwarty film z Tobeyem (który nie wyszedł poza fazę preprodukcji), ale nade wszystko dwie części Niesamowitego Spider-Mana (ang. The Amazing Spider-Man, kolejno 2012 i 2014) z Andrew Garfieldem i Emmą Stone. Producenci zaorali ciekawie zapowiadające się pajęcze uniwersum (które ostatecznie miało doprowadzić do kinowego debiutu Sinister Six), a udało im się to osiągnąć poprzez podważanie kompetencji reżyserskich Marca Webba, a w przypadku części drugiej – utopienia ogromnej ilości gotówki w kampanii reklamowej (swgo czasu, spekulowano, że wskutek nieprzemyślanych działań marketingowych, kilkakrotnie przekroczono zakładany budżet).

Przełom nastąpił w 2016 roku, kiedy to Peter Parker o twarzy Toma Hollanda oficjalnie zadebiutował w MCU przy okazji filmu Kapitan Ameryka – Wojna Bohaterów (ang. Captain America – Civil War). Przełom dosłowny, bowiem była to pierwsza otwarta współpraca między Sony Pictures Entertainment, a Marvel Studios. Nigdy wcześniej fani nie mieli też okazji oglądać Pajęczaka stojącego ramię w ramię z innymi herosami na kinowym ekranie. Eksperyment z kolejnym recastingiem się udał, nic więc nie stało na przeszkodzie, by tytuły z zyskującym na popularności aktorem posypały się lawinowo – na przestrzeni zaledwie trzech lat, Holland zakładał maskę pięć razy. Pokłosiem wydarzeń z ostatnich dwóch części Avengers stało się Daleko od domu (ang. Far From Home, 2019), którego finał wywrócił świat Petera do góry nogami. A dla tych, którzy polubili pajęczy team-up w ramach MCU, Sony przygotowało kolejną zagrywkę w swoim stylu i niedługo po premierze filmu (który jako pierwszy w ich katalogu przebił w box office barierę miliarda dolarów), zabrało swoje zabawki i zakończyło współpracę z Kevinem Feige i przyjaciółmi.

Rozbrat filmowych gigantów nie trwał jednak długo i ostatecznie renegocjacje umów udało się ogarnąć w nieco ponad miesiąc (drama trwała między 20 sierpnia, a 27 września 2019). Epizodyczną rolę w procesie ugodowym odegrał również pijany Tom Holland, ale to już opowieść na inną okazję (serio – sprawdźcie to sobie;). Skończyło się na tym, że od teraz Spider-Man będzie mógł przekraczać granice uniwersów (i nie chodzi tu o szaleństwa rodem z Lokiego, co o zaznaczenie faktu, że dopuszczalne jest użycie tej postaci zarówno w filmach Marvel Studios, jak i tych poza piaskownicą MCU), a Holland dostanie szansę na zamknięcie swojej domowej trylogii i ma zagwarantowany jeszcze jeden projekt crossoverowy. Z Sony jednak wszystko jest możliwe, kontrakty na najwyższych szczeblach Hollywood można najwidoczniej przepisywać raz po raz, więc komplet kart wciąż na stole. Poki co, cały świat czeka na  Bez drogi do domu (serio, cały ten koncept z domem w tytule spadł z rowerka dawno temu, nie trzeba go jeszcze dobijać takim tłumaczeniem…), a Sony ma naprawdę twardy orzech do zgryzienia. O ile, oczywiście, jest w stanie wyciągać logiczne wnioski ze wszystkich omówionych powyżej chybionych działań producenckich.

Nazywam się Pająk, Człowiek-Pająk

Jest sobie marka, z którą Sony (pod postacią Columbia Pictures) była biznesowo związana dość długo, bo od 2006 do 2015 roku. To seria o agencie 007. Będąc koproducentem wszystkich filmów o Bondzie z Danielem Craigiem na plakacie, kontrakt Sony wygasł wraz z premierą Spectre (2015). Kolejną produkcją o playboyu z licencją na zabijanie jest Nie czas umierać (ang. No time to die, 2021), której to droga na ekran wydaje się być kluczowa dla ruchów Sony w kwestii kampanii reklamowej No Way Home. A przynajmniej wyrażam szczerą nadzieję, że jest, bo to przypadek, który naprawdę warto przeanalizować pod kątem marketingu w czasach covidowych.

Droga na ekran ostatniego Bonda z udziałem Craiga jest (delikatnie mówiąc) piekłem produkcyjnym. Zmiana reżysera w osobie Cary’ego Fukunagi, który zastąpił na stołku Danny’ego Boyla, poskutkowało przeniesieniem daty premiery z listopada 2019 na luty, a ostatecznie kwiecień 2020. Wówczas jeszcze nikt nie mógł przewidzieć nowej rzeczywistości, gdzie maski nie są jedynie domeną superbohaterów i podrzędnych przestępców. 20 sierpnia 2019 ogłoszono wspomniany wcześniej tytuł produkcji, a już 4 grudnia tegoż samego roku zaprezentowano pierwszy zwiastun. Nieodłącznym elementem kampanii bondowskiej jest publikowany z pewnym wyprzedzeniem utwór tytułowy. Tym razem, zaszczyt nucenia słów do klimatycznej animacji otwierającej film przypadł Billie Eilish, a internauci mogli się delektować wpadającą w ucho nutą już w walentynki a.d. 2020. Znamy już niestety ciąg dalszy – wybuch globalnej pandemii, lockdowny, miliony ofiar, załamanie gosapodarki, zamykane kina. W efekcie, 4 marca 2020 ogłoszono przeniesienie daty premiery No Time To Die na końcówkę listopada 2020. Nieco ponad pół roku później, bo w październiku 2020 debiut filmu na ekranach przesunięto na kwiecień 2021. Mamy sierpień, Bonda dalej nikt nie widział, a winna jest temu kolejna roszada w repertuarze – tym razem, wstępna data następnej misji 007 to październik br.

Dlaczego cały ten Bond jest kluczowy dla kwestii pajęczego zwiastuna? Otóż, przesunięcie No time to die z kwietniowego okienka premier roku 2020 na pażdziernik 2021  kosztowały studio coś koło 200-300 milionów zielonych. Każdej zmianie daty towarzyszyły nowe materiały marketingowe, ze zwiastunami na czele. Każdorazowe rozkręcenie kampanii od nowa oszczacowano na jakieś 50-60 milionów. To są straty, na które w pandemicznych czasach niewielu sobie może pozwolić. A do tego dochodzi jeszcze kwestia fabuły filmu. Nie da się ukryć, że promowanie blockbustera na przestrzeni niemal dwóch lat (przypomnę – pierwszy trailer z grudnia 2019) nie utrzyma się na żonglowaniu tymi samymi ujęciami, tylko z innym montażem. Za każdym razem, widz potrzebuje nowego bodźca, by wybrać się do kina. Wizyta w multipleksie stała się kluczowa w obliczu coraz to częstszych premier na streamingach, więc jest to nadrzędny cel filmowych marketingowców. Im więcej zwiastunów, tym większe fragmenty historii studio zmuszone jest odkryć przed potencjalną widownią. O pożegnaniu Daniela Craiga z rolą agenta 007 wiemy już na tyle dużo, że co zdolniejsze jednostki byłyby w stanie z dostępnych oficjalnie materiałów, zmontować solidne streszczenie nadchodzącego wciąż filmu. Z uwzględnieniem chronologicznej spójności. A na to już Sony sobie pozwolić nie może. Nie w przypadku No Way Home.

Rozjechani przez hype train

Nie bez powodu cieszący się wysoką estymą w branży portal Variety nazywa zamknięcie trylogii Spider-Hollanda najgorzej strzeżoną tajemnicą w Hollywood. Wszyscy scooperzy, na całej szerokości geograficznej internetu, zgodni są co do tego, że w No Way Home czeka nas eksplozja fanserwisu. Doniesienia z planu, castingowe ogłoszenia, wypowiedzi nieskępowanych produkcyjnym kagańcem aktorów (ktorzy na wywiadach online zdradzają co im się tylko podoba), kończąc na oficjalnych produktach gałęzi odzieżowych i zabawkarskich – wszystko to pompuje hype na tę produkcję lepiej, niż niejeden zwiastun. Niestety, odbywa się to kanałami drugiego obiegu, wskutek czego część (oby nie większość) niespodzianek poznaliśmy poprzez zdjęcia figurek, zestawów LEGO, czy grafik pochodzących z ubrań dostępnych od ręki na Amazonie. Tymczasem, jedynym oficjalnym materiałem odnośnie tego filmu, bezpośrednio od Sony Entertainment, jest krótkie wideo z trójką aktorów (Holland, Zendaya i Jacob Batalon), gdzie został ujawniony oficjalny podtytuł. Klip zadebiutował w sieci 24 lutego 2021.

Od tamtej pory, fani prześcigają się w teoriach, kiedy to nastanie chwalebny dzień premiery  teasera filmu, który pierwotnie zadebiutować ma 17 grudnia br. Idealnym momentem wydawał się 1 czerwca – dzień urodzin Toma Hollanda (Marvel Studios podobny ruch wykonało z zajawką Shang-Chiego, puszczoną w eter w sam raz na celebrację kolejnej wiosny, która stuknęła Simu Liu – aktorowi odgrywającemu  tytułową rolę). Gdy ten trop się nie sprawdził, kolejną oczywistą wręcz okazją był chwalebny powrót MCU do kin wraz z Czarną Wdową (9 lipiec). Znowu pudło. To może finał multiwersalnego Lokiego (14 lipiec)? Próbujcie dalej. Zaraz, zaraz! Przecież 1 sierpnia jest nieformalnym Dniem Spider-Mana! No, jak nie teraz, to już nigdy…

Cóż, chyba więc nigdy, bowiem i również z tą datą internetowi spider-spekulanci nie trafili. Każdy z tych strzałów nie miał niestety szans trafić w cel, bowiem większości wydaje się umykać ten drobny fakt, że marketingiem Spider-Hollandów zawiaduje nie Disney, a Sony. Prawa są w tych kwestiach tak skomplikowane, że nawet nie próbuję tego wyjaśnić, ale kampania solowych filmów (mimo, że odbywają się wewnątrz większej narracji MCU), należy do podmiotu dzierżącego pełnię praw. A pamiętajmy, że te wciąż są poza zasięgiem Marvel Studios. Siłą rzeczy, to nie do marvelowych projektów Sony przyczepiłoby zapowiedź swojego nadchodzącego hitu, a do którejś z produkcji własnych. Pewniakiem w tych zakładach wydawał się być Venom 2 – Carnage (ang. Venom – Let there be Carnage), ale po ostatnim zwiastunie, bez konkretnej daty, sygnalizując jedynie jesień jako okienko premierowe, także i ta opcja stała się niepewna. Z kolei film Pogromcy duchów: Dziedzictwo (ang. Ghostbuster: Afterlife), zaplanowy póki co na 12 listopada, byłby idealnym miejscem na naszpikowany akcją pełnoprawny trailer, nie zaś zapowiadający jedynie klimat produkcji teaser.

Jest jednak promyk nadziei między kolejnymi falami spekulacyjnej beznadziei. A są nią targi CinemaCon – event dla branży filmowej, którego tegoroczna edycja odbędzie się w Las Vegas między 23, a 26 sierpnia. Całe show rozpocznie właśnie Sony Pictures Enterntainment, a w opisie organizatorzy obiecują ekskluzywne prezentacje nadchodzących hitów. Niestety, posiadanie w trakcie pokazu jakiegokolwiek urządzenia zdolnego do rejestracji audio-wideo, jest odgórnie zabronione. Jeśli więc nawet teaser No Way Home na CinemaCon 2021 pojawi się, będzie to gratka tylko dla branżowców, nie dla szerszej grupy. Relacja z tej imprezy może dać nam jednak znacznie więcej informacji, niż Sony jest w stanie przekazać oficjalnie, a taki event jest idealnym miejscem do potencjalnego przesunięcia premiery filmu na przyszły rok. Nawet jeśli do tego dojdzie, nie będzie to data tak odległa, jak niektórzy mogliby się obawiać. A wszystko to przez śnieg i świętego Mikołaja.

Spidey-Bells

No Way Home to bowiem film bożonarodzeniowy! A przynajmniej jakiś jego fragment, bowiem zdjęcia z planu wyraźnie pękały od świątecznych ozdób i sztucznego śniegu. Trudno spekulować, jak to się wpisuje w fabułę filmu, ale Sony wyraźnie upodobało sobie mariaż pajęczej i zimowej stylistyki. Dość powiedzieć, że Spider-Man Uniwersum (ang. Spider-Man: Into the Spider-Verse), oskarowa animacja z 2018 premierowała właśnie w grudniu, a jednym z elementów kampanii reklamowej była płyta kolędowa z wokalem dubbingujących w oryginale aktorów. Może i w samym filmie mikołajowych akcentów nie było zbyt wiele, ale głównym protagonistą filmu był Miles Morales. A chyba żadnemu z czytelników naszego portalu nie trzeba przypominać, jak wyglądał Nowy Jork w grze Marvel’s Spider-Man: Miles Morales (1 listopad 2020). Tak, tak. Tytuł z PS4/5 dział się właśnie w okresie bożonarodzeniowym, a świeżo upieczony Pająk, pod nieobecność Petera, musiał zadbać o szalik i czapkę, by nie zamarznąć w trakcie kolejnych misji.

Wygląda więc na to, że po świątecznej sieci powiązań przespaceruje się również Spider-Holland, a to z kolei oznacza, że No Way Home nie powinno ominąć potencjalnie zimowego okresu w kinach, a ten rozciąga się nawet i do końca lutego. Wszystko oczywiście zależy, jak bardzo rozbudowany jest śniegowy segment fabuły, ale jeśli twórcy pokusili się o jakąś szaloną wariację na temat Opowieści wigilijnej, gdzie za duchy świąt minionych i przyszłych będą robić Maguire, Garfield i ich Peterowie, a przewodnikiem po tym całym szaleństwie będzie sam Doktor Strange, to potencjał takiej historii daje dosyć szerokie pole manewru dla dystrubutorów i niekoniecznie trzeba się spieszyć z premierą na moment, gdy choinka jeszcze pachnie świeżością.

Trzeba bowiem pamiętać, że covid-19 nie odpuszcza, liczba zachorowań w USA, rynku kluczowym dla największych sieci kin, nieustannie wzrasta i niebezpiecznie zbliża się do poziomu, który zamykał multipleksy na wiele miesięcy. A znając kontekst chaosu marketingowego najnowszego Bonda i strat poniesionych przez rozłożoną w czasie kampanię, Sony nie pozwoli sobie na wyrzucanie pieniędzy w błoto. Szczególnie, że niespecjalnie będzie na czym i gdzie je zarobić. Żaden z filmów w ich katalogu nie zbliży się finansowo do pułapu, który może osiągnąć kulminacja pajęczej trylogii z Hollandem i oni doskonale sobie zdają z tego sprawę. Kampania promocyjna ruszy z pełną parą dopiero wtedy, gdy ostateczna data premiery wydawać się będzie niezagrożona, a włożone weń środki będą miały potencjał się zwrócić. Fani fanami, ale żadna superprodukcja nie powstaje dla tylko dla nich. Liczy się możliwie  jak najszersza demografia, a ta musi zasiąść w kinowych fotelach, jeśli No Way Home ma przynieść oczekiwany zysk.

Multiverse of Money

A co na to wszystko Kevin Feige, którego MCU to sieć nierozerwalnych powiązań, a No Way Home, wraz z udziałem Spider-Mana i Doktora Strange’a jest jednym z elementów multiwersalnej układanki? Jak donosi Asad Ayaz, szef marketingu Disneya, wciąż to Sony jest podmiotem decyzyjnym w kwestiach reklamowych, ale ludzie z Marvel Studios pomagają w koordynacji tych działań, by współpraca nad tym konkretnym projektem odbywała się z korzyścią dla obu stron. Jeśli więc myślicie, że Kevin F. pozwoli krawatom z konkurencji pokrzyżować jego wielką narrację, to możecie odetchnąć spokojnie. Wszystko przebiega zgodnie z planem. My po prostu nie znamy jego szczegółów. A zwiastun pojawi się już niedługo po tym, jak ogłoszą nową datę premiery. Z tej drogi nie ma już powrotu.

PS. Tekst ten powstał po to, by sprowokować Świętą Oś Czasu i wymusić na motorniczych multiwersum jak najszybsze wypuszczenia zwiastuna. Choćby na złość niżej podpisanemu, by cały jego trud twórczy poszedł na marne, a wszystkie powyższe teorie zdezaktualizowały się chwilę po publikacji. Jeśli więc czytacie te słowa, będąc już po seansie pierwszego teasera No Way Home – nie ma za co.;)

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ